Sierpniowy weekend na Łowisku Ademac.

100_0516-KopiowanieSierpień to czas kiedy wszelka ryba czując powoli nadchodzącą jesień zaczyna szukać wszystkiego czym tylko mogła by sobie napchać brzuch i po lipcowej stagnacji zaczyna w końcu porządnie żerować, Owszem tylko ja jak zwykle nie mam czasu by udać sprawdzić czy żeruje rybka czy też nie żeruje.

Czasami los do człowieka się uśmiecha i gdy na korytarzu spotkałem wędkarskiego kompana Darka, ten z uśmiechem oznajmił że zarezerwował 4 i 5 na łowisku komercyjnym Ademac i jedzie na cały długi weekend i oczywiście spytał się czy mam ochotę się wybrać.
Lubię jak ktoś pytania retoryczne w sprawie mojej ochoty na ryby zadaje więc mimo że odpowiedź była mu już zapewne wcześniej dobrze znana odpowiedziałem że oczywiście.

Ale żeby szczęście mogło się dopełnić musiały zostać spełnione jeszcze tylko dwa warunki musiałem uzyskać przyzwolenie żony i poprzesuwać służby. O ile to ostatnie nie nastręczało zbyt wielkich trudność to przychylność lubej zdobywałem stopniowo i w dniu rocznicy ślubu, kiedy jej czujność uśpiłem wielkim bukietem róż oznajmiłem że jadę i wyraziła zgodę.Szybki SMS do Darka i już nic nie istniało więcej w mojej głowie tylko przygotowania do wyjazdu. Na którym miałem zamiar po testować kilka konstrukcji przyponów.

Służbę z piętnastego na szesnastego Sierpnia przesiedziałem  jak na szpilkach i po błyskawicznym przekazaniu wyruszyłem na łowisko, zahaczając po drodze o biedronkę  gdzie zaopatrzyłem się w prowiant i płyny.

Na łowisku zawitałem o godzinie jedenastej nękany po drodze deszczem i martwiłem się jak moje skromne schronienie rozłożę. Na szczęście przejaśniło się a Darek zaproponował gościnę w swoim rozbitym już namiocie więc skorzystałem z propozycji, przyśpieszyło to nieco organizację samego obozowiska i noclegu bo rozstawiłem tylko łóżko i rzuciłem dwa śpiwory  na nie. W następnej kolejność przygotowałem dwa świeżo zakupione zestawy wędka plus kołowrotek które w końcu miały przejść próbę rzutową.

Ucieszony jak małe dziecko założyłem worki PVA  z pelletem na haki i przymierzyłem się do pierwszego rzutu wędziskiem na dystans coś może koło 60 metrów. Za pierwszym razem osiągnąłem trzy czwarte dystansu, przy drugim nieco przeniosło bojkę ale jak już wyczułem kije to waliłem gdzie chciałem.
Chociaż powinienem dodać uczciwie że prawa fizyki i biochemii działają i niestety zgodnie z definicją “ Wzrost przypadkowość rzutu jest wprost proporcjonalny do wzrostu promili we krwi”. Czyli im dłużej łowiłem to z zasięgiem i celnością było różnie.
Pierwsze branie odnotowałem już w czasie przenoszenia majdanu z auta na stanowisko. Sytuację uratowała małżonka Darka Iza która z pełnym poświęceniem zacięła i trzymała karpia dopóki sprintem nie pokonałem dystansu około 50 metrów.
Rybę poczułem na kiju ale po chwili się wypięła więc mogłem spokojnie dokończyć moszczenie się na miejscówce. Przerzuciłem zestawy i w czasie kiedy Darek udał się do domu w celu odwiezienia rodziny ja konwersowałem z Adamem i towarzyszką właściciela łowiska Kasią.
Miałem w między czasie jeszcze około czterech czy pięciu wyjazdów jednak udało się wyholować tylko jedną rybę w przedziale do 2 kg. Przyczynę takiej sytuacji po wielu próbach, odkryłem dopiero w drugim dniu łowienia.
Czas płynął szybko i nawet się nie spostrzegłem jak minęło południe i wrócił Darek w raz z zapasem gotowanej kukurydzy.Musze dodać że wraz z kukurydzą przywiózł placki z cukinii autorstwa jego małżonki którymi zostałem poczęstowany a smakowały wyśmienicie.
Mój plan zakładał odespanie chociaż w formie kilku godzinnej zarwanej służbą nocy, jednak przebywając w tak doborowym towarzystwie.
Żal było tracić wspólnie spędzone chwile więc dobrowolnie zrezygnowałem ze snu po służbie.

Siedzieliśmy więc sobie wspólnie, rozmawialiśmy  i sporzywaliśmy piwko i drinki  gdy na lewej wędce odnotowałem typowo amurowe branie, zareagowałem natychmiastowo i zaciąłem.
Moja wędka natychmiast się wygięła i coś pojechało w bok, ostro więc walczyłem z rybą i święcie przekonany o okazie dopingowany przez towarzystwo.
Darek robił za kamerzystę a Adam udzielał rad w czasie holu już myślałem że ciągnę mój okaz życiowy aż tu przybiega zdyszany facet i uświadamia nas że życiową rybą jest jego towarzyszka o imieniu Weronika.
Po takim komunikacie wszyscy oprócz mnie tarzali się ze śmiechu po ziemi.
A ja z nieciekawą miną doholowałem poplątane zestawy i Adam wraz z towarzyszem pani Weroniki rozczepili nasze przypony.
Nie byłbym sobą gdybym się przejął, można powiedzieć że jak emocje opadły chichrałem się razem ze wszystkimi z całej sytuacji.
Ogólna radość trwała dobrą godzinę.
Po tym czasie postanowiłem zrobić kilka fotografii łowiska więc zaprosiwszy Darka na spacerek udaliśmy się na drugi brzeg przy okazji wyciągając imię od pani Weroniki.

Wieczór upływał we wspaniałej atmosferze przeplatany licznymi braniami ryb, miedzy innymi ślicznym karpiem koi którego wyholował Darek. Wieczorem nie obyło się bez niespodzianki bo  okazało się że właściciel łowiska Leszek miał urodziny i zorganizował imprezę na którą zostałem zaproszony.  Niedzielny ranek należał raczej do tych ciężkich i ze snu zostałem wybudzony przez symulowane branie ku uciesze współwedkujacych. Jak już wyskoczyłem z pościeli to 40 minut zajęło mi przerzucenie zestawów i z powrotem do godziny dziewiątej zapadłem w łożu.

Wstałem z nieco lepszym stanie i już głodny zjadłem bułe i zostałem uratowany przez gorącą zupę błyskawiczną autorstwa Darka która ruszyła żołądek.
Czas dochodzenia do siebie był znów umilany przez karpiowe konwersacje aż pprzyszedł czas pożegnania Darka i pomocy przy zwijaniu obozowiska.
Ja zostałem jednak nieco dłużej ponieważ mój stan nie za bardzo jeszcze pozwalał na prowadzenie pojazdów.
Więc powolutku dochodząc do siebie postanowiłem zostać do 18 i w zasadzie dobrze się stało bo miałem czas zrobić analizę przyponu który przyniósł najwięcej brań i zaplanować jego modyfikacje.
W miedzy czasie byłem świadkiem złowienia kilku dorodnych karpi w okolicach 10 kg. A i na moich zestawach co chwilę maiłem brania tak że się nie nudziłem.

Wszystko było zbyt piękne aby mogło trwać wiecznie więc gdy tylko wybiła 18 odezwał się telefon który o dziwo milczał ponad półtorej dnia i moja małżonka przypomniała że posiadam dzieci i żonę.
Spakowałem się i pożegnałem z towarzystwem które chciałbym gorąco pozdrowić i podziękować za wspólnie spędzony czas.

Podsumowując ponad dobowy wypad było nieźle a nawet bardzo dobrze miałem masę brań i zrealizowałem test pracy i zachowania przyponów które sam opracowałem i wykonałem. Wypad pozwolił na wprowadzenie poprawek w moich konstrukcjach oraz zaplanować kilka nowych które mam nadzieję będę mógł sobie testować a tym łowisku.

Muszę dodać że atmosfera panująca na łowisku Ademac urzekła mnie, jest można by rzec rodzinna i mimo że byłem tam drugi raz czułem się jak u siebie.
Znalazłem tam bratnie dusze osób dla których ryby to coś więcej niż pasja, porozmawiałem i wymieniłem się doświadczeniami, podpatrzyłem co nieco, pomacałem trochę sprzętu, zdobyłem nowe ciekawe znajomości. W przyszłości na  pewno będę starał się częściej wpadać na Łowisko karpiowe Ademac. Dla osób które chciały by spróbować poczuć atmosferę tego miejsca i powalczyć z rybami zamieszkującymi akwen podaję stronę http://lowisko-ademac.pl

Polub lub udostępnij
Tagi , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *