Październikowy pech.

20141006_112249-KopiowaniePaździernik miesiąc w którym jesień zaczyna gościć już na dobre. I nad wodą możemy obserwować wspaniałą paletę barw którą oferuje nam przyroda, malując liście w jesienne barwy. Miałem okazję połowę września spędzić na łonie przyrody i obserwować wspominane zmiany. Niestety nie był to wypad związany z wędkarstwem, tylko z pracą a jak wiadomo każda praca męczy. Niektórych męczy zarówno fizycznie i psychicznie. Ja należąc do grupy zawodowej, w której stres to codzienność . Wyczerpałem naładowane w sierpniu akumulatory. Właśnie jesienią przypadł mój czas na wykorzystanie urlopu wypoczynkowego. W zasadzie planowałem go wykorzystać na przełomie sierpnia i września. Jednak życie w sposób tradycyjny zagrało mi na nosie, a przełożeni stwierdzili że realizacja zadań jest ważniejsza niż mój urlop i połowy epickich wrześniowych karpi. No cóż służba.

We wrześniu byłem raz czy dwa króciutko nad wodą i poza małym karpikiem nie zdarzyło się nic wartego wzmianki na łamach bloga. Wracając do urlopu i połowów to po prawie miesięcznym okresie w którym nie łowiłem, już pierwszego października zameldowałem się nad wodą uzbrojony w bacika i robaczki. W wyniku długiej przerwy w wędkowaniu byłem tak spragniony kontaktu z rybami że postawiłem na bata aby tylko się zrelaksować. Wyznam że miałem ochotę na dłuższą zasiadkę ale oczywiście jak to przeważnie bywa moje kobiety zdążyły zaplanować za mnie mój czas. Nie pozostawiając wiele wolnego na wędkowanie. Wyprawa zakończyła się połowem dość dorodnej płoci i po około półtorej godzinie musiałem wracać do domu.

W dniach kolejnych moja cierpliwość została wystawiona na kolejna próbę. Okrutna małżonka, zorganizowała mojego tata w celu dokończenia ocieplania budynku. Ja zamiast relaksować się nad wodą, skakałem jak małpka po rusztowaniu dostarczając, materiały i biorąc udział w samych pracach.

W niedzielę znowu było powędkowane ponieważ zapowiedzieli się znajomi z wizytą. Jednak ten aspekt trzeba by uznać za pozytywny ponieważ dobrego towarzystwa nigdy nie za wiele. Odprężyłem się trochę i zaplanowałem wyprawę na poniedziałek.

W poniedziałek wstałem bez stresu wpakowałem wędki do pojazdu i już miałem wyjeżdżać gdy małżonka próbowała zniweczyć moje plany. Moja szanowna połowa nie zdawała sobie chyba sprawy że moje nerwy są nieco napięte. Oczywiście nie wytrzymałem i wywołałem małą burzę. Po burzy popartej niewybrednym słownictwem, trzasnąłem drzwiami i w stanie wzburzenia udałem się na karpie.

Nad wodą spędziłem dłuższą chwilę. Wyciszyłem się i obserwowałem wodę . Gdy minęła godzina wytypowałem dwa łowiska. Pierwsze pod ulubionym drzewem gdzie jest od brzegu ostry spadek z metra na 1,8 m i tam miałem zamiar położyć pierwszy zestaw. Drugi miał wylądować na głębokości około 3m również na spadku.
O ile umiejscowienie drugiego zestawu to bułka z masłem to przy pierwszym jeżeli nie zabrało się środka pływającego należy wykazać się dobrymi umiejętnościami rzutowymi. Ustawiłem się pewnie na brzegu i obrałem cel na około 40m. Zestaw typu chod rig musiał przemknąć przez dziurę w gałęziach wierzby którą sam w okresie letnim wykonałem i wylądować w okolicach patyka który znaczył krawędź spadku. Pierwsza próba i mój misternie wykonany zestaw wisi na drzewie. Co się dzieje myślę sobie wyszedłem z wprawy rwanie i montaż kolejnego i również drzewo po trzecim zestawie który szyderczo dyndał na gałęzi. Postanowiłem chwilę jeszcze posiedzieć przed czwartą próbą z ostatnim chod rig’iem jaki miałem w swoim arsenale. Odsiedziałem chwilę i skoncentrowawszy się umieściłem zestaw w wytypowanym miejscu.

Zaparzyłem herbatę i rozkoszowałem się chwilą którą zakłócił dźwięk sygnalizatora. W końcu pomyślałem, zerwałem się do wędki i uniosłem do góry wędzisko przytrzymując szpulę. Poczułem to przepiękne walnięcie i moc ryby która była na końcu zestawu. Na ustach zagościł uśmiech a krew w żyłach która już i tak szybko krążyła przyśpieszyła. Jednocześnie przyszedł spokój i opanowanie, tak potrzebne w czasie holu. Rozpocząłem tą żmudną ale jak przyjemna czynność. Karp odjeżdżał kilka razy ja na spokojnie skracałem dystans zabawa trwała w najlepsze gdy nagle poczułem luz. Nie pomyślałem NIE!!! Pech zwijam zestaw a na końcu rozszył się leadcore. Jakim sposobem? Pierwszy raz się mi to zdarzyło. Wnioski błyskawiczne że jednak mimo wszystko trzeba mendę kleić klejem. Posiedziałem chwilkę i postanowiłem zakończyć wędkowanie. Gdy już zapakowałem sprzęt naszła mnie nagła ochota na spina. Czemu nie pomyślałem i obszedłem moje glinianeczki do okola rzucając za szczupakiem. I jak głosi stare powiedzenie „kto szuka ten znajdzie” i ja znalazłem swojego głodnego szczupaczka. Szczupak skusił się na blaszkę i po cztero   minutowej walce podebrany został w łąpkę, z fotografowany i uwolniony. Ja szczęśliwy wróciłem do domu gdzie atmosfera gęsta zdążyła się już nieco przerzedzić. Pogodziłem się z małżonką i spędziłem resztę dnia na zabawie z dziećmi. Oczywiście zaplanowałem już kolejną wyprawę w dniu następnym.

Tagi , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *