Wrześniowe Nosferatu.

100_1697-KopiowanieJak wiadomo pracuję w instytucji gdzie tworzenie planów na dłużej niż na godzinę przed ich realizacją nie ma najmilejszego sensu. Mimo zaplanowania urlopu wypoczynkowego na sierpień musiałem na prośbę dowódcy przełożyć go o kilka tygodni. Przyznam że tropikalne upały w sierpniu przyczyniły się bardziej do mojej decyzji karpie nie lubią upału i wolą chłodniejszą pogodę. Dobrnąłem więc do września i tu zaskoczenie wyrażeniami w domu przyszli panowie z programu usuwania azbestu i na mój wniosek złożony w marcu pozbawili pokrycia budynek gospodarczy więc w obawie przed zalaniem materiałów które tam przechowuję wraz z ojcem musiałem zająć się pokryciem dachowym. Następną inwestycją która była w planach było postawienie wiaty na dwa samochody o powierzchni bliskiej 40m2 a jak wiadomo takie budowle wymagają projektów szeregu zgód i innych zbędnych rzeczy. Więc przystąpiliśmy do dzieła i powoli w skwarze udawało nam się piąć konstrukcję ku niebiosom. Postęp prac cieszył ale brak czasu na ryby już nie. Aż wbijając kolejne gwoździe w łaty mojej konstrukcji wpadłem na idealny pomysł dlaczego by nie poświęcić nocy na łowienie i spać na łowisku w samochodzie wystawiając tylko wędziska. Jak pomyślałem tak też mój pomysł wżycie wcieliłem. Wybrałem się więc nad łowisko na mały rekonesans i serce moje ścisnął żal po ubytku wody bliskim osiemdziesięciu centymetrów. Wiedziałem że obławiane wcześniej miejsca nie będą pachniały już rybką i praca oraz rozpoznanie z poprzednich sezonów nie na wiele się zdadzą . Odpaliłem więc mój wiekowy ponton w celu rozpoznania wody uzbroiwszy go wcześniej w nowiuśką echosondę w celu rozpoznania wody i namierzenia rybek. I znalazłem swój obiecujący spadek z 1,3 metra na 1,8 w pobliżu brzegu w miarę mało dostępnym miejscu i co najważniejsze w miejscu gdzie niezwykle rzadko ktokolwiek posyła tam swoje zestawy. Zaletą tego miejsca było również to że mogłem posyłać zanętę z brzegu przy pomocy łyżki. I tutaj musiałem się wykazać pomysłowością godna Dobromira gdyż takową łyżkę musiałem wykonać sam. Pierwszym powodem był brak trwałości sklepowych tworów w miejscu łączenia ich ze sztycą kto takie problemy miał z gwintami ten wie co mam na myśli. Wychodząc naprzeciw potrzebą skonstruowałem swoją łychę z kawałka giętego PVC cybanta oraz dwóch początkowych członów starej bolonki Kongera która robiła dzielnie za sztycę do podbieraka wyczynowego do puki nie dorobiłem się oryginalnej. Na łowisku mój wynalazek wzbudził cień uśmiechu politowania u „ prawdziwych karpiarzy”, ja jednak miąłem to głęboko w szacownych czterech literach bo moja łycha długości prawie trzech metrów pozwalała mina swobodne posyłanie zanęty w postaci ziaren w miejsce które wytypowałem. I tym zainicjowałem cykl ponad 10 nocek które poświęciłem na nęcenie i łowienie karpiowatych zamieszkujących moje gliniaki. Dodam że początki spędzania samotnie czasu na łowisku w czasie nocnym były ciężkie i budziły lekkie obawy. Jednak jak to mówią przyzwyczaić się idzie do wszystkiego i ja się błyskawicznie przyzwyczaiłem do nocnych odgłosów łowiska i świecących ślepków w krzakach. W czasie kilku nocek miałem towarzystwo zarówno Darka jak i Andrzeja jednak najlepiej się czułem sam siedząc w chłodzie nocy i podziwiając konstelacje gwiazd na niebie. Przyznam że niebiosa były wyjątkowo upstrzone gwiazdami co nadawało zasiadkom niesamowitego klimatu. Pierwsze nocko poza krótkimi piśnięciami nie przynosiły wielkich efektów aż pokojarzyłem pojedyncze piki z amurami i jeden z zestawów uzbroiłem w przypon dedykowany tym rybom. Już następnej nocy przekonałem się co do słuszności moich przypuszczeń lądując w porze nocnej 5 sztuk w zasadzie to amorków w okolicy 30 może 35 cm. Dałem im szybko spokój zakładając zamiast kukurydzy na włos kulkę ananas banan z Genesis Carp która sprawdzała się całkiem nieźle w tym łowisku na amurkach nieco większych rozmiarów. I w godzinę później zaliczyłem torpedowy odjazd i zaczep w miejscu gdzie ichnie było. Rybę straciłem a rano zlokalizowałem przyczynę zaczepów widocznie ktoś widział mnie jak nęciłem i postanowił uatrakcyjnić moje miejsce wrzucając gałęzie obciążone gruzem do wody. Kotwica z drutu zbrojeniowego i kawał liny pozwoliły mi wyczyścić miejsce i przy okazji wyłowić jeszcze trzy zestawy z ciężarkami słusznej marki której nazwa łudząco zbliżona jest do słowa lis. Zniszczyło to może nieco żyzność mojego spadku ale umożliwiło bezpieczne holowanie ryb. Przyznam że mimo długotrwałego i obfitego nęcenia nie doczekałem się okazów a wszystkie ryby były raczej w kategorii lekkiej. W warunkach nocnych ciężko im było robić zdjęcia a będąc zmęczony po dziennej pracy wypinałem je w wodzie ogólnie po dziesięciu nockach miałem na rozkładzie sześć amurków pięć karpików trzy nie zacięte brania i cztery bezowocne noce bez pika. Przy takim trybie życia bardzo szybko się wymęczyłem i z racji zbliżającej się dłuższej zasiadki odpuściłem sobie nocne łowienie.   Ale uważam że dla samego widoku nocnego nieba gra była warta świeczki i opłaciło się doznać nieco niewyspania.

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *