Grudniowy nostalgiczny spławik.

dsc_0070Grudzień przywitał nas śniegiem, biały puch pokrył świat i wpędził w zakłopotanie drogowców. Ja siedziałem w pracy i spoglądałem przez okno na szarości świata ginące pod białą pierzynką śniegu. Nie dane było pocieszyć się jednak białym puchem bo w dwa dni zostały po nim tylko smętne brudne pozostałości.  I tym sposobem obraz mnie łowiącego sobie zimne płocie zestawem pełnym w plenerze pokrytym nieskazitelnie białym puchem pozostał jedynie utrwalając się w mojej wyobraźni. Nie rezygnowałem jednak z planów pojawienia się nad wodą i stale woziłem ze sobą zestaw batów w samochodzie.  Przez chwile planowałem w piątek wypisać kilka nadgodzin jednak silny wiatr uniemożliwił by mi połowy batem więc zrezygnowałem z wędkarskich planów. Dobrnąłem do  soboty trzeciego grudnia i postanowiłem mimo temperatury oscylującej w okolicy jednego stopnia wyskoczyć chociaż na chwilkę na spławiczek.
Nie wiem komu tam na górze podpadłem jednak zawsze na przekór moim planom pojawia się tysiąc przeszkód. Przeszkód które z uporem muszę pokonywać i rozwiązywać aby chociaż na moment oddać się ukochanej pasji.  Gdzieś w Internetach natknąłem się na mema traktującego „Że nic nie ma takiej siły jak serce pełne pasji” , z którym musiałem się zgodzić w stu procentach. Bo ile by przeszkód się nie pojawiło na mojej drodze to jakoś zawsze udaje się je albo obejść albo pokonać i pojawić się nad wodą chociaż na kilka chwil.  Dla niektórych zapewne taka gra nie warta by była zachodu i wysiłku jednak dla mnie pojawienie się nawet na godzinę nad wodą to zawsze szansa na spotkanie z rybą i wspaniałe emocje.

Wyruszyłem więc chwile po czternastej na glinianki by spróbować swoich sił w poławianiu zimnych płotek. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie jak na łowisku zobaczyłem rozbity wędkarski parasol. Po podjechaniu bliżej zidentyfikowałem schronienie kolegi Piotra. Który próbował skusić jeszcze karpia do brania.  Za jego zgodą rozbiłem się obok i konwersując rozpocząłem połów rybek. Wędkarsko rewelacji nie było jednak cztery żyletki udało się wyłuskać. W między czasie zauważyłem ze moja przygotowana w domu zanęta staje się jakaś taka mniej spójna aż zmieniła konsystencję na sypką obejrzałem się i na dachu mojego auta zebrała się już gruba warstwa szronu. Zacząłem się więc pakować by powrócić do małżonki i dzieci.  Zwinąłem się równo z kolegą Piotrem i odczuwszy już ukąszenia chłodu rozjechaliśmy się do domów.

Gdy przekroczyłem próg domu w nozdrza uderzył mnie zapach świątecznych pierników wytwarzanych przez mamę i moją córeczkę Magdę. Od razu poczułem jakiś taki świąteczny nastrój i obudziły się we mnie wspomnienia z dzieciństwa. Mimo pracowitego i wymagającego poranka sobota dzięki wypadowi nad wodę i przewspaniałym zapachom pieczonych pierników stała się wspaniałym dniem. Dniem w którym po raz kolejny  mogłem cieszyć się pobytem nad wodą i zarazem cofnąć się do chwil dzieciństwa w których siedząc nad szklanką swojskiego mleka, zajadałem ciepłe jeszcze ciastka pieczone przez moją babcię i mamę. Na zakończenie nawiążę jeszcze do ulubionej frazy i tradycyjne stwierdzę że czas przemija kiedyś sam byłem dzieckiem teraz już jestem rodzicem i mogę cieszyć się obserwując jak moje pociechy rosną i w pewnych punktach swojego dzieciństwa mogą dzielić chwile które mi zapadły w pamięć i będą w niej długo trwały. Mi jako rodzicowi nie pozostaje nic innego jak umożliwić dzieciom bycie dziećmi i aranżować chwile które potem w dorosłym życiu będą mogły z radością wspominać.

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *