Wielkanocne amury.

W życiu każdego żołnierza służba cały czas ściera się z życiem rodzinnym ciągle trzeba godzić ze sobą dwie role bycie żołnierzem i bycie głową rodziny. Tak i mi nie sprzyjało żołnierskie szczęście i zostałem wyznaczony do służby w Wielką Sobotę. Oczywiście nie było innej możliwości jak przyjęcie służby i jej odbycie tak więc dobrnąłem do niedzieli szesnastego kwietnia.

W moim sercu zagościła chęć udania się nad wodę i potrenowanie łowienia tyczką. Jednak zmienne okoliczności przyrody w połączeniu z silnym wiatrem opadami gradu deszczu przebłyskami słonka i momentami absolutnej ciszy z palącym wręcz słońcem.  Uniemożliwiały jakiekolwiek finezyjne spławikowe łowienie zostały mi więc ciężkie karpiowe grunty.

Był moment, że już pogoda miała mnie pokonać i poddać  w wątpliwości moje postanowienie o wyjeździe. Jednak moje stwierdzenie, że na ryby pogoda jest zawsze dobra wzięło górę i po niedzielnej mszy, rodzinnym obiadku wyjechałem na moje ukochane glinianki.

Czas miałem mocno ograniczony więc postawiłem na wywózkę za zanętę i przynętę stosując  mój miks własnoręcznie preparowanych ziaren.  Podmuchy wiatru były tak mocne, że wędziska dzięki zastosowaniu długich podpórek musiałem ustawić szczytówkami bardzo blisko lustra wody.  Po około trzydziestu minutach zestawy oczekiwały na branie w wodzie a ja z racji kapryśnej pogody za swój punkt wyczekiwania obrałem przytulne wnętrze mojej dzielnej skody.

Z racji tego że dwa dni wcześniej obiecałem sobie święta bez facebooka i telefonu aby uprzyjemnić sobie czas zabrałem ze sobą książkę elektroniczną i zapadłem w lekturze.  Po jakiejś godzinnie atomowy odjazd na lewym kiju wyrwał mnie z odrętwienia.  Przytrzymując szpulę powalczyłem chwilę z hamulcem kołowrotka  było to wynikiem rezygnacji z wolnych biegów szpul i przejście na inne kołowrotki.  Po ułamku sekundy po holu rozpoznałem już gatunek ryby słusznie zresztą okazało na zestawie zapiął się amur. Kto łowił amury wie, że najlepsze zaczyna się na krótkiej żyłce walka była wspaniałą i ryba w znakomitej kondycji odjeżdżała pięć razy prawie na połowę stawu.  Amura poddałem szybko ważeniu fotografowaniu i zabiegom dezynfekcyjnym i szybciutko zwróciłem mu wolność rybka majestatycznie zniknęła w wodach łowiska a ja ucieszony wspinałem się na wysoki brzeg łowiska. Myślałem sobie że dostałem swojego zajączka na Wielkanoc i już mogę wracać do domu.  Ale jak to się mawia zajączki maja dwa uszka i w momencie, gdy postawiłem stopę na krawędzi skarpy nastąpił odjazd na drugiej wędce.

Jak pewnie się domyślicie był kolejny amur i ponownie dane mi było epicko stoczyć bój z całkiem przyjemną rybą.  Zaliczyłem kilka odjazdów i ponownie rytuał ważenia fotografowania i  dezynfekowania ryby. Poliki bolały mnie już od wielkiego uśmiechu, który po pierwszej rybie zagościł na mojej twarzy.

Nie wytrzymałem i zameldowałem telefonicznie Darkowi że w końcu odblokowałem się i zacząłem łowić.  Oba amury były z jednego rocznika i waga pokazywała równe pięć kilogramów na każdego.

Zegar pokazał godzinę piętnastą i musiałem na tępa pakować sprzęt do samochodu i wrócić do domu na umówione spożycie czegoś mocniejszego z najmłodszym bratem. Ogólnie dzień mimo zmęczenia po służbie był udany wędkarsko i towarzysko. Wypocząłem  oraz podładowałem baterie na przyszły tydzień.

Tagi , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *