Karpiowa kara.

Weekend z szóstego na siódmego maja spędziłem na służbie. Serce bolało mnie strasznie z tego powodu gdyż mogłem zaliczyć co najmniej dwa lub trzy wyjazdy nad wodę w poszukiwaniu karpi i amurów serce bolało mnie dodatkowo po dwakroć bardziej. Ponieważ z nad wody docierały do mnie informację o tym że ryby się ruszyły w końcu  po długo weekendowym przestoju.  Nie wytrzymałem i w tajemnicy przed współmałżonką wybrałem jeden  nielicznych wolnych dni jakie mi w tym roku pozostały i postanowiłem poniedziałek ósmego maja,  przeznaczyć na łowienie.
Początkowo miałem po raz pierwszy w tym roku odwiedzić Śródlesie II ale problemy zdrowotne nie pozwoliły na planowaną wyprawę. Gdy rano pakowałem się do samochodu nastąpiła tragedia i coś walnęło mnie w plecach. No ładnie pomyślałem sobie przed samym w-f pracy problemy z plecami jeszcze mi potrzebne.  I pokarany przez niebiosa ledwo oddychając z bólu powlokłem się na moje łowisko.  Posiedziałem sobie godzinę w aucie plecy odrobinę puściły a ja byłem w stanie nawet rozłożyć wędziska. Gdyby nie wywózka nie byłbym w stanie zarzucić daleko zestawów. A tak dzięki odrobinie techniki moje zestawy na siedząco znalazły się pod drugim gorącym brzegiem.

Za chmur wyszło słoneczko a ja cieszyłem się przyrodą uważając bacznie na każdy ruch. Nie kombinowałem i  łowiłem na moje standardowe przypony na moją ulubioną słoikowaną kukurydzę.
Siedziałem dobre półtorej godziny gdy sygnalizatory dały o sobie znać atomowym odjazdem. Adrenalina i doświadczenie w bólu pleców zrobiły swoje  i technicznie w ułamku sekundy byłem przy wędkach jednak zatrzymanie ryby i operowanie wędka to już inna historia. Hol zakończył się spinką nie miej adrenalina pozwoliła na jeszcze jedna wywózkę.
Udało się zaparzyć kubek gorącej kawy i siedząc grzałem obolałe miejsce pleców butelką z gorącą wodą.

Niebo nieco się zachmurzyło a ja mimo wszystko cieszyłem się z krajobrazów które oferowała mi przyroda.
Postanowiłem nieco rozprostować nogi i gdy wyczołgałem się z auta i byłem przy wędziskach gliniaczki obdarowały mnie kolejnym odjazdem. Hol był dość długi i emocjonujący. Ryba dzielnie walczyła o wolność i odjeżdżała ostro jakieś cztery razy po jakiś pięciu minutkach w podbieraku zagościł ciekawie ułuszczony karp.  Ryba dała mi tak ostro popalić że postanowiłem ja zważyć. Po odjęciu maty waga wskazywała na 3,8 kg a wrażenia miałem jak bym co najmniej 10kg holował.

Rozstawiłem statyw i przy użyciu przycisku udało mi się pstryknąć kilka fotek. Karpia zaopatrzyłem zmartwiły mnie zranienia które karp miał na boku i już zaczynały się jątrzyć. Nałożyłem kilka razy preparat odkażający na rany i wypuściłem karpia który na pożegnanie jak by nic sobie z holu nie robiąc i walki odpłynął w tempie pocisku.

Nadszedł czas powrotu do domu ponieważ plecy na nowo dawały o sobie znać rozłożyłem pakowanie na raty. Dobra słoneczna pogoda pozwoliła na wyschniecie podbierakowi i macie.
Po godzinie z hakiem byłem już w domu w którym moja troskliwa małżonka zajęła się mną w tak wspaniały sposób że wieczorem byłem już wstanie zająć się dziećmi. Z obawy o swoje życie i o porządną awanturę nie przyznałem się że pojechałem z bólem pleców na ryby. Nie mniej mimo pogorszenia stanu zdrowia powiem że było warto się wybrać chociażby dla tej jednej ryby.
Wyprawa miała też smutny aspekt bo wyłowiłem około 4 kg śniętego amura i znalazłem miejsce w którym lisy z łusek obrały podobnej wielkości rybę. A każda śnięta ryba na łowisku złów i wypuść boli mnie jakoś tak z dwa razy bardziej niż śnięta ryba na innych łowiskach.  Muszę ustalić przyczynę śniecia amurów które mimo wszystko czuły się dobrze w naszym łowisku.  Mam nadzieję że tak przykre sytuacje się nie powtórzą i nie będę musiał wyciągać śniętych ryb z tak pięknej wody jaką jest wyrobisko Dąbrowa.

Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *