Wyprawa na łowisko EL DORADO.

Urlop mknął niczym górski strumień i nim się obejrzałem nadszedł czas na spędzenie trzech dób na łowisku karpiowym EL Dorado położonym w miejscowości Kondradowa na obrzeżach Nysy.

Powiem wam najmilsi że z wyjazdem tym wiązałem wielkie nadzieje śledząc facebookowe wpisy gospodarza łowiska marzyłem że w końcu będę mógł się sprawdzić pod względem karpiowego rzemiosła.

Pokonałem więc moim wiekowym kempingiem dystans nieco przekraczający pięćdziesiąt kilometrów po bocznych szalenie malowniczych drogach. Podziwiając złocące się zboża i góry w tle. Towarzyszyła mi w tej ekspedycji moja kochana córeczka dla której również miał być to wyjazd roku oraz zarazem próba przetrwania kilku dni bez udogodnień dwudziestego pierwszego wieku.

Pełen nadziei przekroczyłem bramy  łowiska i przez moment zamarłem widząc post industrialny krajobraz nad którym starała się zapanować matka natura. Nie mniej nie zraziłem się i potrafiłem dostrzec potencjał tego miejsca nad którego walorami pracuje ciężko gospodarz wody Łukasz. Pozostawało nieco ponad pół godziny do umówionego spotkania z Dariuszem i Izą więc postanowiłem na chwilę porzucić kemping i z penetrować najbliższą okolicę stanowisk szesnaście i siedemnaście.

Oczom moim ukazało się od razu pięćdziesiąt miejsc gdzie chciałbym postawić zestaw, niektórych zbyt trudnych na moje umiejętności. Szalenie zniecierpliwiony oczekiwałem Darka by w końcu móc poczynić jakieś plany oczekiwanie skończyło się gdy w oddali zamajaczył czerwony kształt pojazdu Darka.
Przywitaliśmy się i przystąpiliśmy do planowania i ustawienia stanowisk oraz obozowiska. Gdy wędziska, ponton i łódka były już gotowe w moim sercu zapanował spokój i zwarzywszy na godzinę obiadową i kawową zarazem postanowiłem przy wespół udziale mojej córeczki. Przygotować małe co nieco.  Po obiedzie napełnieniu basenu mojej córeczki, postanowiłem popływać z echosondą i sprawdzić ukształtowanie dna w obrębie mojej miejscówki. Odczyty z echo potwierdziły moje przypuszczenia i ukazały charakterystykę po wyrobiskową nie miej mimo obecność górek dołów postanowiłem położyć wszystkie trzy zestawy w obrębie wyspy oddzielającej stanowisko szesnaście od reszty łowiska.

Wierny swoim przekonaniom jako zanętę i przynętę zastosowałem kiszoną kukurydzę i twardo trzymałem się mych zasad przez całą pierwszą dobę zasiadki. Co nie znaczy że nie odnotowałem zużycia kul. Zużycie to było wynikiem upodobania do posyłania kul przy użyciu łyżki zanęntowej mojej córki która dla zabicia nudy z uporem maniaka i chyba kary za odcięcie od elektroniki do wody posłała jakieś dwa kilo kulek z Nano.

Na pierwsze rezultaty nie musiałem długo czekać i zaliczywszy kilka spinek w końcu doczekałem się karpia oscylującego w okolicy ośmiu kilogramów. Musze w tym miejscu dodać że Łukasz ani odrobinę nie przesadził opisując waleczność tutejszych karpi. Ryba gięła mojego Base’a prawie po sam dolnik i odjeżdżała ostro kilka raz tak że dała mi się nieźle we znaki oczywiście hol odbył się przy docinkach ze strony Darka jednak te się skończyły szybko gdy na jego kiju pojawiła się pierwsza ryba i trwało dłuższą chwile nim udało mu się wprowadzić rybę do podbieraka.

Pogoda nie była dla nas łaskawa i w przeciągu trzech dób spędzonych na El Dorado pokazała nam całe swoje letnie spektrum. Od skrajnych trzydziesto stopniowych upałów po letnie ochłodzenia deszcze oraz burze z spadkami ciśnienia i silnymi wiatrami. Nie tracąc nadziei mimo ciągłych spinek w zaczepach dalej dzielnie wywoziłem i łowiłem a każdej wywózce oczywiście towarzyszył mój główny sterowniczy Magdalena.

Zmiana kierunku wiatru w drugiej dobie z powodowała „wywiane” ryb z mojej miejscówki i Dariusz odnotowywał sporo więcej brań dając mu szczególną radość z nocnych brań sporych leszczy. Więc Darek rano był „ rześki” niczym poranna bryza tylko nieco ospałe ruchy i podkrążone oczy zdradzały jego nocne przygody. Nie przeszkodziło to mu w pomocy w podebraniu blisko dwu kilogramowego karasia który obudził mnie w okolicy godziny siódmej.
Umilałem sobie czas gotowaniem z córeczką i na stole zagościły kolorowe gofry z bitą śmietanką i owocami. Gdy w raz z Magdą planowałem danie obiadowe moja centralka dała osobie znać i w okolicach godzinny 12 miałem bardzo waleczną piątkę. Emocje z holu nie opadły jeszcze gdy i Darek doczekał się w niespełna trzy minuty po mnie odjazdu i po zażartej walce, która dała mu się nieźle we znaki w podbieraku zameldował się stu sześćdziesięcio centymetrowy sum o masie w okolicy dwudziestu kilogramów.

Darek wysoko postawił poprzeczkę swojego PB suma za co tradycyjnym zwyczajem dostało mu się kilka orzeźwiających wiader wody lanych przez jego małżonkę.
Pogoda skłoniła mnie i Magdę do spaceru i obadania reszty łowiska dzięki czemu zakochałem się w przynajmniej 18 z dwudziestu kilku dostępnych miejscówek na łowisku. Wieczorkiem wpadł w odwiedziny Łukasz powymienialiśmy się spostrzeżeniami z łowiska. Poopowiadał o swojej czeskiej wędkarskiej eskapadzie. Dzień tradycyjnie zakończyliśmy grillem.
W spokoju przespaliśmy deszczową noc bez brań i ranek trzynastego lipca stał się jakiś taki nostalgiczny od świtu musiałem powolutku zwijać cały karpiowy majdan. Magdalenka stała się jakaś tak smutna i cały czas pytała „Tatusiu a kiedy ponownie przyjedziemy tutaj” odpowiadałem jej zgodnie z prawdą że wkrótce kochanie.

Podsumowując trzy pełne doby na łowisku El Dorado muszę przyznać że wróciłem z niego bardzo zadowolony.  Łowisko nie jest łatwe technicznie i należy przyjechać na nie w pełni przygotowanym i z głową pełną kreatywnych pomysłów. Na pierwszą wizytę radził bym zabrać ze sobą dobrą echosondę która znakomicie pozwala rozpoznać bardzo urozmaicone dno, ewentualne zaczepy i pozwala również namierzyć ryby. Mimo złowionych dwóch dziewiczych i wspaniale walecznych ryb masę brań skończyło w zaczepach co w połączeniu  z hakami bez zadziorowymi dawało ogromną przewagę rybom. Nie miej mogę szczerze powiedzieć że wyjazd tam był dla mnie swojego rodzaju sprawdzianem karpiowego rzemiosła zakończony co prawda wynikiem pozytywnym ale w duszy muszę się przyznać że jeszcze długa droga przede mną. Dodatkowo prawie cztery doby bez Internetów radia i telewizji. Pozwoliło wspaniale pogłębić kontakt z moją najdroższą córeczką był to wspaniały czas wspólnych zabaw, wspólnego gotowania, rysowania, czytania bajek. Ogólnie takie cztery dni z tatą na wyłączność i tu myślę że zakończone sukcesem co potwierdza ciągła chęć Magdaleny na wyjazdy z tatą.

Tagi , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *