Lipcowa tyczka.

Urlop upływał nieubłaganie a ja pomimo wypoczynku i bardzo niewielkiej ilości prac domowych nie bardzo miałem czas na łowienie ryb. Wszystkie wolne chwile poświęcałem na zabawy z dziećmi i zacieśnianie rodzinnej więzi. Jednak serce wędkarza dawało znać o sobie i robiąc porządki w wędkarskim pomieszczeniu z utęsknieniem zerkałem na wędki.
Musiałem coś połowić a że w lodówce do końca zbliżał się termin przydatności białych robaków postanowiłem wyskoczyć chociaż na moment nad wodę. Więc wieczorem spakowałem auto i już o godzinie czwartej trzydzieści dwudziestego piątego lipca byłem nad wodą.  Muszę dodać że dzień wcześniej znalazłem kilkadziesiąt minut na przygotowanie trzech stanowisk i gruntowne oczyszczenie ich z moczarki kanadyjskiej przy pomocy zbudowanego przez siebie urządzenia. Zająłem pierwsze stanowisko gdzie zawsze dopisywały płocie i rozłożyłem cały majdan. W czasie gdy przygotowywałem ostatecznie zanętę zobaczyłem dwóch starszych kolegów spieszących do wyczyszczonych przez moją osobę stanowisk.  Nie myślałem że w takim wieku można mieć tyle werwy i krzepy widocznie emerytura służy ludziom.

Rozłożyłem się i po wygruntowaniu łowiska posłałem trzy czwarte kul prostej zanęty z pinką na zestaw. Szczęśliwy z celnego nęcenia zjadłem śniadanko i dopiłem kawunię. Sprawdziłem czy wszystko mam pod ręką i wyjechałem pierwszy raz tyczką w łowisko. Odławiałem sobie ploteczki i nie wymiarowe linki . Z oddali dobiegło narzekanie emerytów że ryba nie bierze a ja cieszyłem się całkiem ładnymi braniami.
Nagle mój spławik odjechał nie typowo ostro w bok i poczułem na tyczce coś sporego nie bardzo dającego oderwać się od dna nie miej kilka miesięcy z tyczką nauczyły mnie opanowania i zostawiłem całą sprawę gumie unosząc nieco tyczkę nad wodę. Impas trwał dłuższą chwilę i guma ponownie zaczęła się wyciągać.  Czułem że zestaw jest bliski kresu swojej wytrzymałości jednak rybę udało się zatrzymać i po jakiś pięciu minutach skrócić do topu.  W końcu moim oczom ukazał się amur. Cwana ryba postanowiła wykorzystać moczarkę i dać tam nura a ja wykorzystałem swoje doświadczenie z karpiarstwa i trzymając w jednej ręce top a w drugiej podbierak skutecznie odganiałem amura od kęp moczarki . Walka trwała kilkanaście minut i w międzyczasie dwa razy dokładałem do pełnej tyczki i cieszyłem się  z walki. Moje manewry i chlupot ryby sprowadziły za moje plecy spore audytorium starszych wiekiem wędkarzy . W końcu amur skapitulował i dał się wprowadzić do podbieraka. Nie chciałem go tam przytrzymywać zbyt długo  bo to delikatna ryba i nie posiadałem maty by umieścić go bezpiecznie i zważyć.  Nie miej szacuje go na jakieś dwa może nieco ponad dwa kilogramy nie zapominanych wrażeń.
Najbardziej cieszyłem się z miny emerytów gdy wpuszczałem go do wody od razu padło pytanie czego nie do siaty odpowiedziałem im że amury nie lubią siatek i szybko zdychają. Wyklinając pod nosem wrócili do swoich wędzisk i smętnie patrzyli na wagglery wyważone do połowy korpusu.
Walka z amurem narobiła masę zamieszania i czas wędkowania już się dla mnie skończył. Wróciłem więc do mojej kochanej rodzinki by cieszyć się z nimi wspólnie spędzanym czasem.  W domu mimo wczesnej pory dzieciaki czekały już gotowe by wyruszyć  z tatą na rowery. A najmłodszy syn siedział i gaworzył na mój widok.

 

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *