Październikowe amury.

Pracowałem dzielnie przez większość soboty ręcznie w dwudziesto litrowych wiadrach wynosząc gruzy powstałe po wcześniej zwalonym stropie w pomieszczeniu gospodarczym które mam zamiar przekwalifikować na gospodarczą kuchnię gdzie bez przeszkód będę mógł się oddawać winiarstwu, piwowarstwu, wędliniarstwu, przetwórstwu płodów ogrodu i produkcji przynęt i zanęt. Oczami duszy widząc siebie gospodarującego w przyszłym raju przykładałem się srogo do pracy by jak najszybciej zrealizować kolejne z moich marzeń. Niestety jak ktoś z biegiem lat odwykł od ciężkich fizycznych prac to łapie często kontuzję tak i ja na koniec dnia lekko nadwyrężyłem sobie plecy. Mimo poważnego bólu ani myślałem rezygnować z nocki na rybach gdyż cały czas z łowiska docierały do mnie doniesienia że amury wpadły w szał żarcia i biorą na całym stawie jak wściekłe. Po ułożeniu dzieci do snu w okolicy dwudziestej drugiej pojawiłem się na łowisku. Zamieniłem kilka słów z kolegami i wypiwszy małe złociste szczęśliwy z tego że zestawy dzięki pomocy uczynnych kolegów zostały wywiezione. Udałem się na spoczynek do mojej zagrzanej skody by dać wytchnienie bolącym już na poważnie plecom. Do godziny szóstej wygrzewałem obolałe plecy aż ze snu wyrwało mnie kilka pików z mojego sygnalizatora. Na raty wygrzebałem się z samochodu i nim doszedłem do wędzisk branie się skończyło a chwilę po tym na wędce Bogdana pojawiło się branie. Wyholował on więc amura zapiętego na moim zestawie. Śmiejąc się zgodziliśmy się że amur liczy się po połowie. Mimo deszczu i wściekłego już bólu pleców miałem presję na amura więc postanowiłem ponownie wywieźć zestawy. Nie chciałem już kolegów niepokoić więc zmieniłem miejsce łowienia w taki sposób by łódkę RC umieszczać w wodzie na prostych plecach brodząc. Na szczęście dobre buty pozwoliły na taki manewr przy zachowaniu suchych stóp.

Auto zaparkowałem sposób by móc po otwarciu drzwi od razu podjąć hol ryby. Nie musiałem długo czekać na swojego amura i po jakiś trzydziestu minutkach gdy planowałem już ponowne zmrużenie oka nastąpił odjazd . Doholowałem walecznego Azjatę do brzegu i tu miałem wielki problem z podebraniem ryby. Wysoki brzeg i kontuzja kręgosłupa nie pozwalały na sięgnięcie ryby. Po namyśle uklęknąłem na mokrej trawie i ryba znalazła się w podbieraku. Szczęście ze złowionej ryby przytłumiło  nieco ból pleców. Nie mniej po walce z rybą odleżałem swoje grzejąc plecy.

Wypoczynek pozwolił mi spakować się i dowlec do domu gdzie po wyrzutach ze strony małżonki  mogłem oddać się w jej troskliwe ręce gorące kąpiele i nacierania maściami pozwoliły na jakie takie funkcjonowanie w poniedziałek w pracy.  Nie mniej cena zdrowia jest ceną którą już nie pierwszy raz zapłaciłem za możliwość łowienia. Pasja jest silniejsza niż rozsądek. Mimo wszystko nie żałuję chwil nad wodą.

Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *