Październikowy szał.

Październikowe dni mijały jak błyskawica ostatkiem tchu dobrnąłem do przedłużonego o jeden dzień weekendu a byłem wszystkim tak sfrustrowany że moim jedynym  marzeniem było pojawienie się nad wodą i  połowienie sobie w spokoju ryb. Niestety matka natura pokazała w swoją moc i w nocy z czwartku na piątek  wiejące z huraganową prędkością wiatry skutecznie uniemożliwiły wędkowanie. A zanik prądu i troska o rodzinę i tak nie pozwoliły by mi na opuszczenie domowego zacisza.  Spędzona niespokojnie noc  przyczyniła się do większego zmęczenia w związku z czym na ryby wybrałem się o godzinie czwartej dnia siódmego października. W głowie miałem gotowy plan na łowienie a przygotowane poprzedniego dnia wieczorem przypony i zestawy czekały w gotowości do użycia by maksymalnie przyśpieszyć moment posłania zestawów w łowisko przygotowałem wcześniej worki PVA.  Rozłożenie się zajęło mi dosłownie pięć minut i w chwilę po tym pierwszy zestaw został przetransportowany w miejsce połowu. Nie zdążyłem nawet napiąć zestawu a już miałem piękne agresywne branie co prawda karpiowej młodzieży ale zawsze karpia. Zwietrzyłem dobry dzień na ryby i po oporządzeniu malucha udało mi się wywieźć dwa zestawy w wytypowane miejsca.

Mimo wywiezienia zanęty łódką RC postanowiłem pobawić się niedawno nabytą kobrą i donęciłem kilkunastoma kulami posyłanymi z całkiem niezłą jak na początkującego w tej dziedzinie odległość nieco ponad sześćdziesięciu metrów.
Gdy tylko się przejaśniło zobaczyłem jak szczytówka wędki mocno się wygina i rzęsistego deszczu mimo deszczu rozpocząłem hol. Ryba dzielnie walczyła i przez dłuższy czas nie dała się wprowadzić do podbieraka. Po kilku momentach w koszu podbieraka zawitał całkiem przyzwoity golec.  Zdziwiony rozmiarami misiaczka zważyłem go i waga pokazała grubo ponad sześć kilogramów co jak na tą wodę jest wynikiem bardzo przyzwoitym.

Dzięki asyście prezesa który w międzyczasie wyłonił się z auta udało się uwiecznić karpia na zdjęciach. Szczęśliwy poszukiwałem zapasowych baterii do sygnalizatorów niestety do końca zasiadki byłem skazany na łowienie patrząc na hanger prawego wędziska.

Przewiozłem ponownie zestawy i zaparzywszy garnek kawy oddałem się kontemplacjom  i przemyśleniom . Do końca porannej zasiadki miałem jeszcze trzy brania i pomimo łowienia na sztywno pod drzewem nie udało mi się ryb wyciągnąć z zaczepów. Tracenie ryb w zaczepach jest naturalną koleją rzeczy gdy łowi się w trudnych łowiskach zwłaszcza w zatopionych drzewach i bez sygnalizacji brania dźwiękowej. Więc te straty za bardzo mnie nie bolały tym bardziej że udało się odzyskać zestawy.
Tak dobre brania w dość późnej porze skłoniły mnie do przemyśleń i w końcu doszedłem do wniosku że musi to być czas agresywnego żerowania przed zimą.  Przemyślenia te potwierdziły się kilka godzin później. Ale o tym w następnym wpisie. Doczekałem na łowisku godziny dziesiątej i wróciłem do domu szczęśliwy i gotowy na zaplanowane ciężkie prace fizyczne.

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *