Okoniowe szaleństwo.

Październik w swoich wspaniałych słonecznych dniach po ponad tygodniu pluchy szarówki i zimna uraczył nas w swej wspaniałości przepiękną paletą barw liści. Co bardziej wytrzymałe na niskie temperatury drzewa pozostały w pełni zielone a niektóre liście pogubiły całkiem. Siedząc w pracy oczu nie mogłem oderwać  od parku złożonego z topól, lip i klonów. Ich jesienne barwy wywoływały w sercu tęsknotę tęsknotę za przebywaniem na łonie natury i chłonięciem tego wszystkiego co jesień oferuje oczom uszom i powonieniu.  Praca zawodowa i rodzina stała naprzeciw hobby któremu zaprzedałem serce skutecznie uniemożliwiając  nacieszenie się tym wspaniałym spektaklem przyrody.

Postanowiłem  co nieco czasu wyłuskać na pobyt nad wodą i postanowiłem odświeżyć znajomość ze spinningiem okoniowym.  Spędzając kilkanaście minut nad wodą poczuć klimat jesieni i mieć szansę na wyciszenie emocji po nieco nerwowej atmosferze w pracy przed wstąpieniem w progi  domu. Zacząłem więc cyklicznie w miarę możliwości czasowych praktycznie co dzień odwiedzać moje gliniaki na trzydzieści minut w poszukiwaniu  kapryśnych jak na tą porę roku pasiaków.  Bywały dni że miałem kontakt z palczakami a bywały i takie że nie odnotowywałem nawet dotknięcia przynęty. Nie mniej krótkie wypady dawały mi wiele satysfakcji  i pozwalały zrzucić z serca brzemię stresów nabytych w pracy. Jednak apogeum moich spinningowych zmagań nadeszło w dniu trzynastego października w piątek gdy wczesnym rankiem o godzinie czwartej wybraliśmy się z prezesem na jezioro turawskie w poszukiwaniu sandacza. Niestety pogoda nie rozpieszczała a w czasie blisko cztero godzinnego  spinningowania odnotowaliśmy dwa niezacięte pstryki i stratę około dwudziestu gum w kamiennej opasce. Stwierdziliśmy że czas na błyskawiczną zmianę miejsca. Przemieściliśmy się na rzekę Odrę gdzie trafiliśmy w miejsce i czas. Mimo przeszywającego wiatru spędziliśmy w miejscówce około półtorej godziny ciągnąc pasiaczka za pasiaczkiem. Może nie były one imponujących rozmiarów ale dawały wspaniałą zabawę agresywnie waląc w gumkę w opadzie. Niestety wychłodzenie organizmów i niedawno przebyta kontuzja pleców zmusiła mnie do wycofania się ze wspaniałej zabawy i schronienia się w samochodzie. Wkrótce dołączył do mnie prezes i z ogrzewaniem na maksa wracaliśmy on do pracy ja do domu gdzie miałem do wykonania poważną pracę z wiązaną z wymianą pomnika u prababci.

 

Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *