Kwietniowy spontan.

Kwiecień był dla mnie miesiącem niezwykle napiętym i mimo sporej liczby wypadów wysoki poziom stresu utrzymywał się nie pozwalając przejść mi do mojego standardowego stanu opanowania harmonii i wewnętrznego spokoju. Podobne doznania miał mój zacny przyjaciel Dariusz. Spotkaliśmy się na korytarzu w pracy i spoglądając sobie w oczy zamiast zwyczajowego siema oboje równocześnie rzuciliśmy hasło „stary musze na ryby”. Mus to mus ja posiadałem sprzęt w aucie więc bez wahania zgodziłem się. W domu i tak z takim stanem ducha nie mogłem pomóc gdyż moje pociechy będące naturalnym wykrywaczem mojego nastroju unikają mnie na kilometry. Nie wiem w sumie dlaczego gdyż ich miłość i okazywane uczucia rozładowują mnie chyba szybciej niż najszybsze ryby.
Miałem w tajemnicy przed małżonką odbyć tą wyprawę. Jednak po co ukrywać coś co i tak się wyda. Zadzwoniłem przedstawiłem jak mają się sprawy i uzyskałem zgodę błyskawicznie gdyż i moje kochanie nie chciało mieć kontaktu z tykającą bombą emocjonalną. Wolało aby ciśnienie ze mnie uszło nad wodą.  Pojawiliśmy się tuż po pracy na łowisku informując prezesa Jarosława o naszych zamiarach. Prezes ochoczo przystał do naszej dwójki i zapowiedział że przywiezie co nieco na ognisko.

Skoro tak sprawy się miały ja zatroszczyłem się o nawodnienie ekipy a Dariusz zadbał by uprzyjemnić popołudniową kawkę na łowisku czymś słodkim. Wprawa udała się znakomicie częste atomowe brania karpiowej młodzieży rozruszały nasze towarzystwo. Sprinty do wędek napełniły organizmy endrofinami  i wyparły gdzieś cały stres. Przyjemnie było pogawędzić przy ognisku przyjemnie było wypić złociste i cudownie było sączyć kawę pogryzając ciasto. Wiosenne słoneczko zatroszczyło się  o to by długie bluzy zostały w aucie. Ryby jakby czując klimat tej małej spontanicznej wyprawy brały jak wściekłe raz nawet trafiło się jednoczesne branie zakończone udanym holem i fajną sesją. Może młodzież karpiowa nie zadowoliłaby wytrawnych łowców okazów tej ryby. Nam jednak sprawiła niezwykłą frajdę. Częste brania i hole pozwoliły wyprzeć stres a czas spędzony wspólnie pozwolił zaplanować blisko dziesięcio dniową zasiadkę która już czekała nas w wyjątkowo długi majowy weekend. Dotrwaliśmy na łowisku do godzinny dwudziestej drugiej i wróciliśmy do rodzin. Ja w domu zastałem błogą ciszę i małżonkę w okularach pogrążoną w lekturze. Z uśmiechem oderwała wzrok od książki i już z wyrazu mojej twarzy wyczytała że wyprawa zakończyła się sukcesem i zadziałała jak wentyl pozwalając ujść stresom nabytym w pracy.

 

Tagi , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *