Pierwszy wypad z kombajnem

Urlop mijał z prędkością światła wspaniały czas rodzinnego wypoczynku w ośrodku nad malowniczym polskim morzem pozwolił rozładować napięcia i nieco ponad dwa tygodnie spędzone w ciszy i spokoju pozwoliło naprawdę się wyładować. Czas poświęcony od rana do wieczora tylko dla rodziny zaprocentował po tysiąc kroć a odświeżone kontakty z dziećmi i dogadzanie im w każdy możliwy sposób zmieniły moje rozbisurmanione zwykle pociechy w prawdziwe anioły. W sekrecie przed małżonką zabrałem co prawda lekkie spinningi oraz wędkę muchową wszak rzekę Regę miałem o kilka kilometrów od swojego ośrodka. Wykupiłem również pozwolenie na połowy w Bałtyku z nadzieją na poranne połowy morskich okoni, w rzeczonym okresie udało mi się tylko raz wymknąć skoro świt na plażę i wśród ludzi praktykujących tai chi podłubać morskie pasiaki które brały tak agresywnie że mało nie wyrywały mi wędziska z dłoni. Ale jak to się mawia wszystko co dobre szybko się kończy. I wróciłem w rodzime rejony Opolszczyzny nie ukrywam bez żalu. Dziękując w duszy Bogu za cudowny czas i bezpieczną podróż radośnie oddychałem opolskim powietrzem. Po odespaniu już następnego dnia musiałem odwiedzić moje gliniaki. Nie mogę ukryć że jechałem lekko podniecony gdyż bagażnik mojej dzielnej skody wypełniał świeżo nabyty kombajn wędkarski i już nie mogłem się wręcz doczekać aż go wypróbuję a cierpliwość moja była nadwyrężana przez cały okres urlopu.
Dotarłem w końcu na moje łowisko miejsce, które przygotowałem w czasie majówki było jakby przypadkiem wymierzone pod kombajn rozłożyłem cały majdan i nareszcie mogłem usadowić swoje zacne ciało na kombajnie.  Komfort i ergonomia aż żałowałem, iż nie nabyłem takiego ustrojstwa kilka sezonów wcześniej nie mniej ciesząc się z wygody wygruntowałem łowisko. Rozmieszałem zanętę i zanęciłem łowisko o ileż prościej i precyzyjniej z kombajnu się rzuca wszystkie kule poszły w punkt. Wyjechałem zestawem w łowisko czekając na pierwsze płocie, ale ku mojej uciesze zameldowały się karpiki, z którymi raz po raz przegrywałem walki, w końcu odłowiłem coś z czym poradził sobie cienki przypon i guma jedyneczka. Postanowiłem zmienić przypon na przypon z mocniejszym drenanowskim hakiem i podołałem jeszcze dwóm karpiom. Szczęśliwy i napełniony endorfinami na tempa pakowałem majdan do auta. Natarczywy telefon przypominał stale o tym że mam familie dostarczyć na mszę do kościoła. Obowiązek jest obowiązkiem, więc po łowieniu z uśmiechem zawiozłem swoich rodziców i małżonkę z dziećmi na mszę. Niedziele spędziliśmy rodzinnie przy pysznym obiedzie i  wieczornym grillu przy którym dzięki dobrodziejstwom techniki zorganizowaliśmy pokaz zdjęć z wakacji na których największy zachwyt dziadków tradycyjnie wzbudzał najmłodszy syn Wojciech.

Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *