Wrześniowe popołudnie.

Czas płynął wartko i nim się obejrzałem wrzesień chylił się ku końcowi. Miałem co prawda dwa weekendowe wypady na ryby nastawione one były jednak na integrację i wypoczynek na wodą oraz spożycie. Więc jak zapewne się domyślicie ryb z tych wypraw nie było. Za to dwa bezrybne weekendy pobudziły, gdzieś głęboko zakorzeniony w głębi mojej głowy instynkt łowcy. Wyprawa na ryby chodziła za mną w sposób ciągły do tego stopnia że łowienie śniło mi się po nocach.

W końcu pojawiło się światełko w tunelu i dnia dwudziestego piątego września nadarzyła się okazja by spędzić kilka chwil nad wodą. Skwapliwie z niej skorzystałem i nieco po godzinie trzynastej rozkładałem rozstrzępionymi rękoma wędziska oczywiście klasycznie wybór musiał paść na najbliżej leżące gliniaki. Postanowiłem aktywnie poszukać ryb które z racji spadku wody zmieniły swoje klasyczne miejscówki i tak dziwnie się złożyło że ryby w ciągu dnia spławiały się w miejscach gdzie było nie całe 80 cm wody. Niby spławy wydawały się obiecujące jednak nie wiadomo czy karpiowi towarzysze przedkładali pożywianie się czy też wolały wygrzewać swoje grzbiety w promieniach wszak jesiennego już słoneczka. Zaryzykowałem i postawiłem dwa zestawy na płytkiej wodzie. Dwa nie zapięte brania skłoniły mnie do zmiany przynęt na mniejsze i założenia z tej racji Świerzych przyponów. Zmiana wielkości przynęty okazałą się strzałem w dziesiątkę i w kilka chwil później miałem atomowy odjazd. Ryba parła prosto w zaczepy a ja miałem ogromne problemy by ją zatrzymać i odwieść z obranej drogi prosto w gałęzie powalonego drzewa. Udało się w końcu zmienić zamiary karpia i mogłem przejść do właściwej fazy holu który z racji korzystania z plecionek przeprowadzałem nieśpiesznie delektując się majestatycznymi odjazdami karpia. W końcu moim oczom ukazał się bardzo ładny karp oscylujący w okolicy bliskiej dziesięciu kilogramów mogący pochwalić się przeogromną płetwą i niespożytymi siłami. Co skutecznie pokazał gdyż w momencie wprowadzenia do podbieraka dosłownie przebił go na wylot powodując rozerwanie siatki na kilkadziesiąt centymetrów i ponownie przystąpił do walki tyle ze porodziłem ją z linką przewleczoną poprzez podbierak. Po chwili jednak udało się podjąć rybę z wody zaopatrzyć i zważyć. Pełen pozytywnych emocji wypuściłem karpia który na do widzenia ochlapał mnie wodą.  Rozłożyłem zapasowy podbierak i wywiozłem ponownie zestawy po czym przystąpiłem do łatania dziury w podbieraku zszywając  uszkodzenie czarną żyłką.  Gdy tylko zakończyłem operację która zabrała blisko czterdzieści minut ponownie odezwał się sygnalizator. A ja na kiju poczułem kolejną szaloną rybę która szła po tafli wody na przysłowiowym ogonie zachowując się jak jesiotr. Mimo że masa ryby oscylowała nieco poniżej ośmiu kilogramów to jej aparat napędowy w postaci przeogromnej płetwy ogonowej w połączeniu z niesamowitym temperamentem zapewniły mi jeden z bardziej szalonych holi tego sezonu. Z wielkim uśmiechem powitałem tą rybę na macie. Emocje tak buzowały we krwi że postanowiłem nie  wywozić jeszcze zestawu ponownie i w sumie dobrze się stało bo kilka sekund później odezwał się telefon i małżonka poprosiła o wcześniejsze zakończenie wyprawy. Niechętnie wracałem do domu we krwi buzowała adrenalina i endorfiny wprowadzały mnie w znakomity nastrój. Gdy moje kochanie ujrzało moją uśmiechnięta twarz od razu poprosiło o pokazanie zdjęć i wraz ze mną cieszyła się z małego wędkarskiego sukcesu.

Polub lub udostępnij
Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *