Lutowa tyczka.

Niedziela drugiego lutego naciągnęła szybko a poprzedzona czynem na rzecz mojego ulubionego łowiska zapowiadała się całkiem owocnie. Byłem nastawiony bardzo mocno na łowienie tyczką jednak bardzo porywisty wiatr i obawa o nie tani sprzęt bardzo zawęziła wybór łowiska, do miejsca osłoniętego przed wiatrem. Długość tyczki musiałem również ograniczyć do około ośmiu metrów ale z uwagi na równe dno na łowisku nie miało to za dużego znaczenia. Ponownie musiałem się również mierzyć z niskim poziomem wody i głębokość łowiska oscylowała w okolicy 1,5m.

Podałem delikatne kule zanęty z ręki i po kilku minutach zaczęły się regularne brania płotek oscylujących w średnim wymiarze pomiędzy piętnastoma a osiemnastoma centymetrami. Ile radości dają regularne brania zwłaszcza w zimnej wodzie która okresowo pokrywa się lodem. Wie ten kto odkrywa uroki zimnego wędkowania. Po około godzinie na łowisko zawitali znajomi z koła pełniący funkcję członków zarządu i poświęcających również swój czas na działalność w SSR chwile pokonwersowali i udali się dalej na patrol. Dzień mimo dość słonecznej pogody był z racji podmuchów wiatru mało przyjemny i wkrótce chłód zmusił mnie do przywdziana pełnego kombinezonu. Rozważałem opcje ponownego donęcenia łowiska gdy brania ustały jak nożem uciął i po chwili woda eksplodując ukazała przez moment ciało całkiem sporego szczupaka. Widziałem rybę wystająca z jego pyska więc i zębaty posilił się na moim stole. Nie widziałem innej opcji jak donęcić łowisko i ponownie odłowić drobną wzdręgę i płoć licząc na to że średniaki powrócą w łowisko. Gdy mała płoć weszła w łowisko i zaczęła się ciężka praca z jej odławianiem. Na łowisku pojawiło się starsze małżeństwo zdziwione tempem brań przy tak zimnej pogodzie. Po chwili konwersacji wiatr przyniósł do moich uszu strzępek zdania „widziałeś jak się łowi a ty tylko siedzisz nad ta wodą”. Nie powiem urosłem nieco na moment słysząc takie słowa, jednak po chwili refleksji doszedłem do wniosku że to przecież nic niezwykłego gdy łowi się zestawem skróconym. Po trzech godzinach na łowisku telefon przypomniał mi że dzieci czekają na tatę i budowa miasta z klocków lego stoi bez głównego wyrobnika. Szybko więc wtargałem graty do auta i nie żałując gazu wracałem do moich dzielnych budowniczych.

Polub lub udostępnij
Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *