Ten dzień i ta ryba.

Dzień dwudziesty drugi marca nie przypominał wiosny a w zasadzie pełnię zimy. Cztery stopnie na minusie wiatr oraz opady śniegu nie nastrajały do połowu ryb. Wstałem nieco po piątej rano i siorbiąc małą czarną, rozważałem zasadność mojej wizyty na łowisku. Gdzieś tam w ręce zaplątał mi się telefon z powiadomieniem od znajomego na grupie na którym prezentował on dość przyjemną rybę. To przeważyło szalę ubrałem się w bieliznę termo i wykradłem małżonce odrobinę cynamonu do kawy. Poprawiając kocyk na najmłodszym synu który smacznie spał w pokoju obok, na paluszkach wymknąłem się z domu. W miedzy czasie przy kawie przełożyłem poumawianych ludzi na inny dzień postanawiając w ciszy i spokoju połowić sobie karpi.

W kilka minut później jechałem przez opuszczone ulice pobliskich miejscowości. Pojawiłem się na łowisku gdzie koledzy spędzający nockę oddawali się porannemu przerzucaniu zestawów. Wywiedziawszy się gdzie łowią zająłem stanowisko. Drżąc z zimna wywoziłem po dwa zestawy na raz by maksymalnie skrócić czas przebywania na mrozie który do tego czasu wahał się w okolicy od dwóch do trzech stopni na minusie w zależności jak zawiał wiatr. Mało w tym momencie przejmując się ekologią pozostawiłem ogrzewanie w aucie włączone. I schroniłem się w przytulnym i ciepłym wnętrzu. Zgodnie z zaleceniami epidecznymi komunikowałem się ze znajomymi przy użyciu komunikatorów. Nie było mi jednak dane zbyt długo cieszyć się ciepłem bo sygnalizator postanowił zakłócić ciszę.  Holowałem sobie spokojnie małego łuskacza i w momencie gdy wprowadzałem jegomościa do podbieraka. Dał o sobie znać drugi sygnalizator. Po szalonej walce jako drugą rybę do podbieraka wprowadzałem amura. Szczęśliwy z pierwszego Azjaty oraz pierwszego dubleciku w sezonie poprosiłem kolegę Kazimierza o wykonanie zdjęcia. Ponownie narażony na zimno wywiozłem i gdy już przemarznięty miałem wracać do samochodu. Ponownie sygnalizator dał głos. Krótka szalona walka przy której oczywiście karp musiał ściągnąć drugi zestaw. Zakończyła się wyhaczeniem małego lampasika,  który jednak zbiegł z podbieraka w czasie gdy ja rozstawiałem statyw pod aparat. Trudno pomyślałem nastawiłem wodę na kawusie  przewiozłem zestawy i oddałem się rozmyślaniom. W między czasie głównie za sprawą postu kolegi Kazimierza uświadomiłem sobie że na bardzo ruchliwej zwykle drodze nie ma absolutnie żadnego ruchu. Wypiłem spokojnie rozgrzewający napój, poprzeglądałem socjal media. I ponownie sygnalizator przerwał sielankę. Niestety po krótkiej walce karp zszedł z zestawu. Ponowna wywózka i powoli zaczynałem obsługiwać już sprzęt by go spakować wykorzystując chwilowy brak wiatru. W momencie gdy matę już odwiesiłem do ocieknięcia mały pik zdradził kolejne branie. Tym razem z racji małego haka i cienkich materiałów przyponowych. Musiałem delikatnie holować rybkę i po kilku minutkach moja radość nie miała granic. Nagle zrobiło się ciepło, wiatr przestał przeszkadzać, mokre ręce piec z zimna, bo w podbieraku był on. Jeden z najładniejszych karpi mojego łowiska, niedościgniony ideał i krasa. Oczywiście mój telefon musiał się w czasie robienia zdjęć wyłączyć. Bez skrupułów zakłóciłem jednak śniadanie Kazimierzowi bo właśnie ta ryba byłą warta tej fatygi. Musiałem mieć pewność że zabiorę ja ze sobą na zdjęciach. Podziękowałem za sesję Kazimierzowi spakowałem sprzęt. I szczęśliwy jak nigdy wracałem do domu. To był drugi raz gdy ta krasa postanowiła pozować mi do zdjęć. Ciesząc się że jest w dobrej kondycji nie mogłem przestać o nim myśleć. Miało to taki skutek że czekałem dwie zmiany świateł na lewoskręt na pustej drodze. W domu wszyscy wyczuli moją radość, pochwaliwszy się zdjęciem wszystkim domownikom. Przygotowałem herbatę a na stole zagościł wyczarowany przez małżonkę sernik. Wszak okazja była zacna.

Polub lub udostępnij
Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *