Sandaczowa gorączka.

Długo oczekiwany start sezonu sandaczowego 2020 zbliżał się wielkimi krokami a ja ogarnięty gorączką połowu tego drapieżnika o niczym innym nie mogłem myśleć. W mojej głowie stale przewijały się miejscówki i taktyki które miały prowadzić do kontaktu z rybami. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt że sezon 2020 startowałem z własną łodzią z silnikiem spalinowym co dawało mi pełną niezależność i swobodę w poruszaniu się po zbiorniku Turawa.

Mimo nie zaprzeczalnych zalet posiadania łódki, pojawiło się kilka nowych wyzwań jak cofanie z przyczepą pod łodziową jak i same wodowanie łódki, sprawa rzekomo prosta ale wymagająca co nieco wprawy i przetrenowania niektórych czynności.  Miałem co prawda czas na przygotowania ale jedyne co udało mi się zrobić będąc pochłoniętym życiem rodzinnym i zawodowym to przetrenowanie cofania i dwie próby łódki na rzece Odrze. Wraz prezesem mojego koła postanowiliśmy zwodować nasze łodzie dzień wcześniej by uniknąć tłoku i sytuacji stresowych więc w godzinach popołudniowych dnia 31 maja odbyliśmy kilka kursów z łodziami.

Udało się zająć całkiem przyjemne miejsca postojowe dla małej floty łódek a ja odbyłem kilka próbnych rejsów by sprawdzić obiecujące miejsca i przyzwyczaić się do fali oraz obadać jak na niej zachowuje się moja łódka. Testy wypadły całkiem pomyślnie więc po powrocie i małej kłótni o palik do cumowania łódki, który sam sobie musiałem wytworzyć i wbić w podłoże a ktoś mimo wyraźnych znaków w postaci świeżej linki i kłódki na nim, przycumował swoje łódki. Po dowiedzeniu swoich praw do palika, mogłem zasiąść w śród rozlokowanych w ośrodku Rybaczówka znajomych i przy ognisku posłuchać wędkarskich opowieści, skrzętnie notując w pamięci miejscówki wymieniane w opowieściach w śród „swoich”, które sezon wcześniej dawały ryby.

Nieco się zasiedziałem w tak zacnej atmosferze więc do domu wróciłem jedynie w celu wzięcia prysznica, zabrania wędzisk i prowiantu by jak najwięcej czasu spędzić na wodzie.
Wszystkie czynności wykonywałem w pośpiechu bo od godziny 3:30 dzieliły mnie dosłownie minuty a musiałem wcześnie wyjechać aby wykorzystać świt na łowienie i oczywiście spóźnienie się   byłoby brakiem szacunku dla Jacka który zarówno koleżeńsko jak i mentorsko miał wspierać mnie w połowach sandaczy.

Rzeczywistość zastana o świcie nad zbiornikiem otrzeźwiła nasze zapędy bo liczba łódek oscylująca w okolicy 400 i popisy kolegów wyposażonych w silniki o wysokiej mocy oraz brak świateł nawigacyjnych w mojej łodzi stwarzał zbyt niebezpieczne sytuacje na wyruszenie w warunkach słabej widoczności. Wypiliśmy więc wzorem bardziej doświadczonych kolegów na spokojnie po zacnej kawie zjedliśmy śniadanie i bez większej spiny około godziny 5:30 udaliśmy się na podpowiedziane miejscówki. Rady znajomych i odczyty z echosondy ułatwiły mocno namierzenie żerowisk sandacza i nawet mi osobie mocno początkującej w tej materii, udało się całkiem ładnie połowić. Przy okazji łowienia miałem okazję po dyskusji z Jackiem i wypróbowaniu jego wędzisk do zaplanowania i natychmiastowego wdrożenia kolejnych modyfikacji sprzętowych. Moje ciężkie zestawy sandaczowe zakupione z myślą o Odrze słabo nadawały się na dłubanie delikatnymi przynętami na metrowej wodzie. Przełowiłem więc cały dzień w większości przypadków stosując moją ciężką wklejankę okoniową łowiąc kilka całkiem przyjemnych rybek.

Znużeni udaliśmy się do przystani by skonsumować oczywiście w smażalni ryb sandacza z frytkami i złapać chociaż kilka godzin snu przed wieczorną porą żerowania sandaczy.   Pierwszy dzień sandaczowego eldorado mielimy za sobą ręce przyjemnie bolały od operowania wędziskami i całodniowego spinningu a pora bliska godzinny 23 nie zapowiadała długiego odpoczynku. Ledwie człowiek przyłożył głowę do poduszki już musiał otworzyć oczy i wyruszać na łowiska tym razem nauczeni doświadczeniem nie spieszyliśmy się tak bardzo i na wodzie byliśmy o godzinie 5:30 gdy wyruszyła już główna fala spinningowców. Ponownie udało się nam połowić i nasycić ze spotkaniami z zacną ryba jaką jest sandacz.

Tym razem zmuszeni byliśmy zakończyć około godziny 21 nasze łowienie gdyż obowiązki w pracy wzywały i trzeba było stawić im czoła w miarę wypoczętym. Niestety sielankę powrotu z wyprawy zakłócił mi widok pewnych nawołujących do stosowania zasady złów i wypuść gwiazd youtuba, które to oficjalnie na przeznaczonym do tego stole na oczach innych wędkarzy filetowały złowione przez siebie ryby, których rozmiary spokojnie oscylowały w okolicy 80 cm. Przykry to był dla mnie widok i nie chodziło mi oto czy ktoś zgodnie z limitem i zasadami zabiera sobie ryby, tylko o to że ogłaszając się publicznie wędkarzem sportowym, nawołując innych do bezwzględnego i kategorycznego przestrzegania zasady złów i wypuść. Postępuje się wbrew głoszonym przez siebie tezom,  w sposób bezczelny i  dodatkowo przy wielu świadkach. Pomijając tak przykry fakt spędziłem fantastyczne trzy dni w gorączce czerwcowych sandaczy, łowiąc kilka fajnych ryb i psując dziesiątki brań. Zdobyłem nieco doświadczenia i nabawiłem się zakwasów od ciągłego spinningowania.

Polub lub udostępnij
Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *