Czerwcowe Karpie.

Po otrząśnięciu się z sandaczowego snu zmęczony powrotami na cztery godziny snu przez pięć dni. Postanowiłem powrócić do stacjonarnego łowienia dodatkowo jeszcze obligowany żądaniami rodziny, która domagała się wyjazdu na kemping. Na cel wyjazdu tradycyjnie wybraliśmy łowisko mojego koła z wielu przyczyn bardzo dogodne dla familii, która uczy się życia nomada pod kempingiem. Raz z racji bliskości miejsca zamieszkania, dwa wysokiego bezpieczeństwa, które oferuje monitorowane łowisko, trzy bogatych w rybostan wód, dzięki którym moje panie mogą szlifować wędkarskie umiejętności. 

Wyjazd wystartował oczywiście w sobotę w godzinach przed południowych wszak wcześniej trzeba było o brzasku zameldować się na jeziorze Turawskim zobaczyć czy mętnookie nadal gryzą bez opamiętania i gryzły jednak słowo święta rzecz, więc tuż przed dwunastą wyruszyliśmy na podbój łowiska. Moja małżonka owładnięta manią łowienia karpi oczywiście skupiła się na ciężkich karpiowych gruntach.  Bardzo cieszyło mnie to że sama komponowała miks zanętowy   i korzystała jedynie z mojej pomocy do wodowania modelu RC z racji jego gabarytu i wagi. Córeczka skupiła się na methood feeder i stawiając wszystko na jedną kartę ukierunkowaną w kierunku smaku morwy. Synowie jeszcze stosunkowo mało zainteresowani łowieniem ryb skupili się na zabawie z tatą i organizowaniu ogniska, na którym to miał powstawać obiad w formie kociołka z bardzo ciekawym dodatkiem postaci koźlarzy czerwonych zebranych na łowisku. Potrawa udała się wybornie a i ryby nie pozwoliły długo czekać na swoją aktywność. Klasyczne metoda ukazała swoją moc i Magdalena otworzyła dzień kilkoma leszczykami i krąpiami, łowiąc po około godzinie niewielkiego acz cudownie ułuszczonego karpika. Małżonka nie pozostała długo o kiju i wędka wywieziona na 0.5m wodę obdarzyła ją dorodnym karpiem. Z jak wielką przyjemnością patrzyłem na iskry w oczach mojej małżonki i radość, jaki sprawia jej hol ryb. Poczułem się bardzo szczęśliwy i spełniony mogąc dzielić pasję z najbliższymi.  Resztę soboty spędziliśmy przy ognisku wraz ze znajomymi ciesząc się znakomitym towarzystwem, świeżą zielenią i czasem, który można fantastycznie z rodziną spędzać. Dzieci zmęczone i fantastyczne dotlenione poszył wcześnie spać a ja i małżonka mieliśmy chwilę dla siebie by w spokoju chłonąć wspaniałości przyrody móc porozmawiać i cieszyć się chwilą. Niedzielę rozpoczęliśmy nieśpiesznie gdyż braki snu dały się mocno we znaki i wstałem nieco po godzinie 10 rano. Dopieszczona jajecznica i tosty wyciągnęły z łóżek moich śpiochów, kobietki tuż po śniadaniu i „zrobieniu się” przystąpiły dzielnie do połowów a ja wraz z chłopakami ciesząc się smakiem cudownej kawy zająłem się dokarmianiem stad drobnicy przy okazji pozbywając się całego zapasu sypkiej zanęty.  Ryby dopisały może nie powalały rozmiarem jednak spora liczba brań i holi zarówno ze strony Magdy jak i żony wynagrodziła brak okazów. Dzień zakończyliśmy w późnych godzinach popołudniowych naładowani pozytywną energią wróciliśmy do domu by co nieco wypocząć jeszcze przed wyzwaniami nadciągającego tygodnia.

Polub lub udostępnij
Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *