Lipcowe karpie.

Lipiec przekroczył swoją połowę szybciej niż zdołałem się obejrzeć . Dorosłość przytłaczała moją osobę i ciągnąłem na resztkach energii. Byłem tak wymęczony że w żaden sposób nie potrafiłem się skoncentrować.  Potrzebowałem odpoczynku i chociaż odrobiny relaksu.  Czasami kosztem snu udawało mi się wyrwać na jakiś mini feeder czy tyczkę ale łowienie takie nie zapewniało mi należytej porcji relaksu i podniesienia poziomu energii moich wewnętrznych akumulatorów.  Wreszcie dzięki tygodniowemu urlopowi udało mi się wygospodarować cztery godzinny tylko dla mnie i połowić stricte karpiowo. Czytaj dalej….

Czwarte Zawody Karpiowe o Puchar D-cy 10 BLog.

Czas swoim zwykłym trybem mknął niczym błyskawica, nie zważając na nic uparcie i nieodwracalnie płynął. Wszystko w około poddawszy się jego rytmowi ulegało zmianie. A dominującym kolorem mojej okolicy była zieleń oraz srebra i złotości dojrzewających zbóż. Ostatnie sześć tygodni umknęło z mojego życia szybciej niż zwykle fakt, że realizacja postawionych zadań przynosi satysfakcję, zwłaszcza, gdy służy się tak jak ja z doborowymi ludźmi. Ludźmi, którzy reprezentują podobne wartości, które ja wyznaje wtedy przebywanie w towarzystwie takich osób jest wielkim zaszczytem i przyjemnością. Czytaj dalej….

Majowa jawa.

Czyniąc w nieznacznym stopniu plany na przyszłość spoglądałem w kalendarz i wdziałem w nim dwa duże eventy, które na ponad miesiąc wykluczały dla mnie możliwość uprawiania ukochanego hobby. Przerażony tą perspektywą postanowiłem dobić swoje akumulatory na zapas i spędzić maksymalnie dużo czasu nad wodą szukając ukojenia i kontaktu z rybami. Czytaj dalej….

Kwietniowy spontan.

Kwiecień był dla mnie miesiącem niezwykle napiętym i mimo sporej liczby wypadów wysoki poziom stresu utrzymywał się nie pozwalając przejść mi do mojego standardowego stanu opanowania harmonii i wewnętrznego spokoju. Podobne doznania miał mój zacny przyjaciel Dariusz. Spotkaliśmy się na korytarzu w pracy i spoglądając sobie w oczy zamiast zwyczajowego siema oboje równocześnie rzuciliśmy hasło „stary musze na ryby”. Mus to mus ja posiadałem sprzęt w aucie więc bez wahania zgodziłem się. W domu i tak z takim stanem ducha nie mogłem pomóc gdyż moje pociechy będące naturalnym wykrywaczem mojego nastroju unikają mnie na kilometry. Czytaj dalej….

Kwietniowe szaleństwo.

Kwiecień dzisiejszym dniem wchodził w trzecią swoja dekadę. Z niecierpliwością kręciłem się w łóżku nasłuchując pierwszych oznak budzącego się dnia czyli wiosennych ptasich treli. Wreszcie przez uchylone okno do moich uszu dotarła melodia, na którą czekałem śniąc snem niespokojnym o wędkarskich przygodach. Zerwałem się dziarsko z łóżka i ochota na sen błyskawicznie mi odeszła w kuchni usłyszałem syk ekspresu i w duchu błogosławiąc wynalazcy tego urządzenia wiedziałem że za moment mój organizm zostanie pobudzony dawką kofeiny. Cicho i bez szelestnie wskoczyłem w rybne dresy i niczym duch popijając gorącą i piekielnie mocną kawę teleportowałem się do samochodu. Czytaj dalej….

Karpiowe ostatki 2017

Czas płynął straszliwie szybko szereg spraw wypełniło mój rozkład dnia tak skutecznie że nie byłem wstanie nawet pomyśleć o wędkowaniu mimo wcześniejszych epizodów  z tyczką i spinningiem czułem wędkarski niedosyt a rok i wraz z nim zezwolenie powoli się kończyły. Na szczęście wielkimi krokami zbliżał się piętnasty grudzień a wraz z tym dniem zaplanowany i długo oczekiwany ostatni wypad na karpie w sezonie 2017 połączony z zakończeniem sezonu Sekcji wędkarskiej 10 Brygady Logistycznej.

W piątek piętnastego grudnia już o godzinie dwunastej stawiłem się na łowisku Ademac gdzie wraz z Darkiem przygotowaliśmy ognisko i po wrzuceniu wędek do wody oddaliśmy się dyskusją oczywiście poparliśmy dyskusję kilkoma złotymi argumentami siedząc w cieple przyczepy kempingowej patrzyliśmy jak coraz niżej schodząca temperatura zabiera coraz więcej z toni łowiska. Pokrywając go cieniutkim lodem. Klimat takiej zasiadki jest nie zapominany. Czytaj dalej….

Listopadowa pełnia.

Gładko dobrnąłem do dnia czwartego listopada budząc się rano stwierdziłem że nie mogę zmarnować tak pięknej soboty zwłaszcza że poprzednią poświęciłem na rodzinne kiszenie kapusty na zimę. Ucałowałem rozkosznie śpiącą małżonkę i wymknąłem się z domu niczym duch. Sprawnie spakowałem auto i odrapawszy szyby z pierwszego tej jesieni szronu udałem się na moje glinianki. Planowałem jakieś pięć godzin łowienia przed powrotem do domu. Niebo było rozgwieżdżone a powietrze niezwykle rześkie. Nocne niebo rozjaśniała wspaniała pełnia łowisko wyglądało przecudownie w blasku księżyca skrzącym się w szronie pokrywającym trawę. W tym dniu w powietrzy czułem magię coś mi mówiło że ten zacny czas obdarzy mnie rybami.

Błyskawicznie byłem gotowy do wywózki i już w krótce fala wywoływana przez moją dzielną łódeczkę marszczyła nieruchomą toń łowiska w której odbijał się księżyc. Wywiozłem zestawy według wskazań echosondy w głębokie dołki na łowisku i chroniąc się przed chłodem skryłem się w aucie. Gdzie na pełnym regulatorze pracowało moje gazowe ogrzewanie. Po chwili gdy ciepło zniwelowało parę osiadłą na szybach miałem przewspaniały widok na zachodzący księżyc który krył się za pobliskim wzgórkiem.  Wczesny ranek nastroił minie niezwykle klimatycznie gdy księżyc skrył się całkiem przeniosłem swój wzrok na wschód gdzie uwidaczniały się pierwsze poblaski dnia. Czytaj dalej….

Potrzeba samotności.

W psychologii istnieje pojęcie piramidy potrzeb na trzecim miejscu specjaliści układający tą piramidę podają potrzebę przynależności jest to istotne dla większości społeczeństwa. Ja jednak z racji pracy z dużą ilością osób i posiadania licznej jak na obecne warunki rodziny chętnie pomiędzy trzecim a czwartym poziomem tej że piramidy umieściłbym potrzebę samotności.

Może wydawać się to dziwne jednak ja bardzo często potrzebuję być sam. Najlepiej jest gdy samotnie przebywam na łonie przyrody. W tedy gdy nie łowię mam czas na przemyślenia, muszę się wam przyznać że mój umysł stale stara się rozwikłać wiele problemów z różnych dziedzin. Wędkarstwo nie jest moim jedynym zajęciem i stale na mojej drodze pojawiają się problemy które muszę pokonywać. Lata dobrego wykształcenia gdzie byłem zmuszany do analiz i samodzielnego rozwiązywania problemów nauczyły mnie systematyki i cierpliwości w pokonywaniu przeszkód. Nie miałem jednak okazji od ponad pół roku pobyć sam i w mojej głowie kłębiło się milion myśli. Czytaj dalej….

Kawałek październikowego złota

Październik wszedł już prawię w drugą dekadę a mi tęskniło się za łowieniem karpi miałem co prawda mały wyjazd na karpia w nocy z soboty na niedzielę jednak bez większych efektów. Tak bardzo chciałem poprawić swoje łowienie w jesiennej stopniowo ochładzającej się wodzie które będąc szczerym mocno u mnie kuleje. Ale wracając z pracy zadałem sobie pytanie jak chcesz to osiągnąć skoro nie łowisz w takiej wodzie regularnie nie masz możliwości badania właściwości korekt ani regularnego śledzenia miejsc żerowania ryb. Dodając  do tego wszystkiego specyfikę i wysokie urozmaicenie dna wyrobiska na którym staram się poławiać karpie w mojej głowie pojawia się straszny bałagan.  Nie mniej moją zasadą jest przekuwanie pragnień w czyny więc po pracy w dniu dziewiętnastego października o godzinie szesnastej stawiłem się nad brzegiem mojego łowiska. Czytaj dalej….

Październikowe amury.

Pracowałem dzielnie przez większość soboty ręcznie w dwudziesto litrowych wiadrach wynosząc gruzy powstałe po wcześniej zwalonym stropie w pomieszczeniu gospodarczym które mam zamiar przekwalifikować na gospodarczą kuchnię gdzie bez przeszkód będę mógł się oddawać winiarstwu, piwowarstwu, wędliniarstwu, przetwórstwu płodów ogrodu i produkcji przynęt i zanęt. Oczami duszy widząc siebie gospodarującego w przyszłym raju przykładałem się srogo do pracy by jak najszybciej zrealizować kolejne z moich marzeń. Niestety jak ktoś z biegiem lat odwykł od ciężkich fizycznych prac to łapie często kontuzję tak i ja na koniec dnia lekko nadwyrężyłem sobie plecy. Mimo poważnego bólu ani myślałem rezygnować z nocki na rybach gdyż cały czas z łowiska docierały do mnie doniesienia że amury wpadły w szał żarcia i biorą na całym stawie jak wściekłe. Po ułożeniu dzieci do snu w okolicy dwudziestej drugiej pojawiłem się na łowisku. Zamieniłem kilka słów z kolegami i wypiwszy małe złociste szczęśliwy z tego że zestawy dzięki pomocy uczynnych kolegów zostały wywiezione. Udałem się na spoczynek do mojej zagrzanej skody by dać wytchnienie bolącym już na poważnie plecom. Do godziny szóstej wygrzewałem obolałe plecy aż ze snu wyrwało mnie kilka pików z mojego sygnalizatora. Na raty wygrzebałem się z samochodu i nim doszedłem do wędzisk branie się skończyło a chwilę po tym na wędce Bogdana pojawiło się branie. Wyholował on więc amura zapiętego na moim zestawie. Czytaj dalej….