Kwietniowe szaleństwo.

Kwiecień dzisiejszym dniem wchodził w trzecią swoja dekadę. Z niecierpliwością kręciłem się w łóżku nasłuchując pierwszych oznak budzącego się dnia czyli wiosennych ptasich treli. Wreszcie przez uchylone okno do moich uszu dotarła melodia, na którą czekałem śniąc snem niespokojnym o wędkarskich przygodach. Zerwałem się dziarsko z łóżka i ochota na sen błyskawicznie mi odeszła w kuchni usłyszałem syk ekspresu i w duchu błogosławiąc wynalazcy tego urządzenia wiedziałem że za moment mój organizm zostanie pobudzony dawką kofeiny. Cicho i bez szelestnie wskoczyłem w rybne dresy i niczym duch popijając gorącą i piekielnie mocną kawę teleportowałem się do samochodu. Czytaj dalej….

Dobry wiosenny poranek.

Wiosna dalej w swojej karasie urzekała moją duszę wszelkimi wspaniałościami  wiosenne cudowne zmęczenie spowodowało brak chęci  na nocne karpie z trzynastego na czternastego kwietnia i przyznam się szczerze że miałem w związku ze zmęczeniem niezmierną potrzebę wypróbowania nowego materaca.  Wypocząwszy znakomicie w sobotę czternastego kwietnia owiewany świeżą poranną bryzą już o piątej z groszami meldowałem się na łowisku.

W powietrzu unosił się ogrom zapachów a poranne trele ptaków nastrajały mnie jeszcze cudowniej. Tym razem nie byłem sam na łowisku umówiłem się z prezesem mojego koła na mały trening łowienia na zestaw skrócony dzień przed planowanymi zawodami spławikowymi  w mojego koła.
Słońce powolutku swoim brzaskiem budziło dzień nie ukazując jeszcze swej krasy zza horyzontu. A powietrze wypełnił przyjemny zapach dowilżanych zanęt tak to nieśpiesznie przekomarzając się z prezesem i  lekko sobie dogryzając szykowaliśmy się do wspólnego treningu. Czytaj dalej….

Listopadowa pełnia.

Gładko dobrnąłem do dnia czwartego listopada budząc się rano stwierdziłem że nie mogę zmarnować tak pięknej soboty zwłaszcza że poprzednią poświęciłem na rodzinne kiszenie kapusty na zimę. Ucałowałem rozkosznie śpiącą małżonkę i wymknąłem się z domu niczym duch. Sprawnie spakowałem auto i odrapawszy szyby z pierwszego tej jesieni szronu udałem się na moje glinianki. Planowałem jakieś pięć godzin łowienia przed powrotem do domu. Niebo było rozgwieżdżone a powietrze niezwykle rześkie. Nocne niebo rozjaśniała wspaniała pełnia łowisko wyglądało przecudownie w blasku księżyca skrzącym się w szronie pokrywającym trawę. W tym dniu w powietrzy czułem magię coś mi mówiło że ten zacny czas obdarzy mnie rybami.

Błyskawicznie byłem gotowy do wywózki i już w krótce fala wywoływana przez moją dzielną łódeczkę marszczyła nieruchomą toń łowiska w której odbijał się księżyc. Wywiozłem zestawy według wskazań echosondy w głębokie dołki na łowisku i chroniąc się przed chłodem skryłem się w aucie. Gdzie na pełnym regulatorze pracowało moje gazowe ogrzewanie. Po chwili gdy ciepło zniwelowało parę osiadłą na szybach miałem przewspaniały widok na zachodzący księżyc który krył się za pobliskim wzgórkiem.  Wczesny ranek nastroił minie niezwykle klimatycznie gdy księżyc skrył się całkiem przeniosłem swój wzrok na wschód gdzie uwidaczniały się pierwsze poblaski dnia. Czytaj dalej….

Kawałek październikowego złota

Październik wszedł już prawię w drugą dekadę a mi tęskniło się za łowieniem karpi miałem co prawda mały wyjazd na karpia w nocy z soboty na niedzielę jednak bez większych efektów. Tak bardzo chciałem poprawić swoje łowienie w jesiennej stopniowo ochładzającej się wodzie które będąc szczerym mocno u mnie kuleje. Ale wracając z pracy zadałem sobie pytanie jak chcesz to osiągnąć skoro nie łowisz w takiej wodzie regularnie nie masz możliwości badania właściwości korekt ani regularnego śledzenia miejsc żerowania ryb. Dodając  do tego wszystkiego specyfikę i wysokie urozmaicenie dna wyrobiska na którym staram się poławiać karpie w mojej głowie pojawia się straszny bałagan.  Nie mniej moją zasadą jest przekuwanie pragnień w czyny więc po pracy w dniu dziewiętnastego października o godzinie szesnastej stawiłem się nad brzegiem mojego łowiska. Czytaj dalej….

Październikowy szał.

Październikowe dni mijały jak błyskawica ostatkiem tchu dobrnąłem do przedłużonego o jeden dzień weekendu a byłem wszystkim tak sfrustrowany że moim jedynym  marzeniem było pojawienie się nad wodą i  połowienie sobie w spokoju ryb. Niestety matka natura pokazała w swoją moc i w nocy z czwartku na piątek  wiejące z huraganową prędkością wiatry skutecznie uniemożliwiły wędkowanie. A zanik prądu i troska o rodzinę i tak nie pozwoliły by mi na opuszczenie domowego zacisza.  Spędzona niespokojnie noc  przyczyniła się do większego zmęczenia w związku z czym na ryby wybrałem się o godzinie czwartej dnia siódmego października. W głowie miałem gotowy plan na łowienie a przygotowane poprzedniego dnia wieczorem przypony i zestawy czekały w gotowości do użycia by maksymalnie przyśpieszyć moment posłania zestawów w łowisko przygotowałem wcześniej worki PVA.  Rozłożenie się zajęło mi dosłownie pięć minut i w chwilę po tym pierwszy zestaw został przetransportowany w miejsce połowu. Nie zdążyłem nawet napiąć zestawu a już miałem piękne agresywne branie co prawda karpiowej młodzieży ale zawsze karpia. Zwietrzyłem dobry dzień na ryby i po oporządzeniu malucha udało mi się wywieźć dwa zestawy w wytypowane miejsca. Czytaj dalej….

Sierpniowe refleksje

Czas pędzi nie ubłagalnie do przodu i bezpowrotnie przemija. W ten sam sposób przeminął mój urlop a ja po pierwszych dniach w pracy po prostu musiałem nad wodą się pojawić i posiedzieć w spokoju. Przy okazji układając w głowie kilka spraw.

Planowałem wyjazd na nockę z piątku na sobotę i z soboty na niedziele jednak plany planami a rzeczywistość rzeczywistością.  Jedyną możliwością obcowania z rybami były godziny wczesno poranne dnia trzynastego lipca. Nie przepuszczam żadnej szansy na pobyt nad wodą i punktualnie o godzinie czwartej trzydzieści  pojawiłem się na moich gliniankach. Rozłożyłem się z gratami i zaparzywszy kubeł kawy oddałem się przemyśleniom w oczekiwaniu na brania, układałem w głowie kilka spraw. Czytaj dalej….

Nocne karpiowanie z Magdaleną.

Minął czerwiec i mimo masy wyzwań w pracy i w domu pozostawił po sobie masę cudownych wrażeń i sporo bardzo przyzwoitych ryb na mojej rozkładówce. Ale pozostawił również uczucie, uczucie niespełnionego obowiązku i odczucie zaniedbania dzieci. Tak się wam zwierzę, że jakikolwiek wyjazd powyżej doby z domu powoduje u mnie straszliwe uczucie tęsknoty za dziećmi i żoną i domem. Chociaż z drugiej strony emocje związane z powrotem taty są również wspaniałe nie mniej nie lubię gdy moje pociechy tęsknią do taty zbyt długo. Czytaj dalej….

Magia nad odrzańskiej Nocy.

Czerwiec chylił się ku końcowi, na polach żółć rzepaków zastąpiły kłosy powoli srebrzącego się jęczmienia. Ptaszki w gniazdach obrosły już w piórka i wróble z gniazda, które mogłem obserwować z okna sypialni rozpoczęły lekcje latania. Również półrocze w pracy było za mną i powolutku zmierzając do urlopu hamowałem swoje zapędy. Nastrojony nostalgicznie z powodu upływającego czasu gdyż w czerwcu rokrocznie zmieniam cyfrę w rubryce wiek. Niby przyroda w około eksploduje pełnią życia i pełno nowego życia w około a mi czerwiec zawsze kojarzy się z przemijaniem może z powodu urodzin nie mniej żyję z piętnem człowieka, który zdaje sobie sprawę z przemijającego czasu. Czytaj dalej….

Tyczka uczy pokory.

Jak wiecie szanowni  czytelnicy mojego bloga od niespełna trzech miesięcy stałem się posiadaczem tyczki i mimo braku czasu staram się pojawić nad wodą i potrenować nową dla mnie metodę łowienia.  Ostro kombinując udało mi się wygospodarować kilka chwil na mały wypad z tyczką w dniu szesnastego maja.  Chciałem się nałowić przed ćwiczeniem poligonowym i posiedzieć w ciszy nad wodą zwłaszcza że pogoda była wręcz wymarzona do tego by miło spędzić czas i potrenować łowienie zestawem skróconym. W tajemnicy przed małżonką spakowałem auto i po ogarnięciu porannych wizyt w urzędach w okolicy godziny jedenastej pojawiłem się nad wodą.  Czytaj dalej….

Karpiowa kara.

Weekend z szóstego na siódmego maja spędziłem na służbie. Serce bolało mnie strasznie z tego powodu gdyż mogłem zaliczyć co najmniej dwa lub trzy wyjazdy nad wodę w poszukiwaniu karpi i amurów serce bolało mnie dodatkowo po dwakroć bardziej. Ponieważ z nad wody docierały do mnie informację o tym że ryby się ruszyły w końcu  po długo weekendowym przestoju.  Nie wytrzymałem i w tajemnicy przed współmałżonką wybrałem jeden  nielicznych wolnych dni jakie mi w tym roku pozostały i postanowiłem poniedziałek ósmego maja,  przeznaczyć na łowienie. Czytaj dalej….