Pożegnanie z Malarami.

Zawsze, gdy w moim okręgu ubywa jakiś wód żal i smutek ściska moje serce, a gdy ubywa wody złów i wypuść serce krwawi okropnie. Los taki z racji za niskiej oferty złożonej w przetargu spotkał zacny zbiornik, którym była żwirownia w Malerzowice. Fantastyczna woda, którą odkryłem ku mojemu smutkowi u jej schyłku, tuż przed zmianą jej statusu i odłowach sieciowych przeprowadzonych na niej przez okręg. Spędziłem tam fantastyczne cztery doby wraz z rodziną, co pogłębiło jeszcze bardziej smutek i żal z powodu utraty takiej perły, jaką były Malerzowice. Wyjechaliśmy by zając dogodne miejsce w czwartek dwudziestego trzeciego lipca. Najpierw ja sam by przygotować i przede wszystkim posprzątać upatrzoną miejscówkę na zbiorniku.  Którym przestało się interesować z resztą z wiadomych powodów koło tuż po przegranym przetargu.

Przy wyborze miejsca sugerowałem się bardziej rekreacyjnymi możliwościami niż wędkarskim. Łowienie ryb miało być tylko dodatkiem do rodzinnego wypoczynku. W czwartek przygotowałem wszystko do biwakowania, sprawdziłem głębokość w miejscu gdzie miały kąpać się moje dzieci w wodzie, skrzętnie wygrabiłem piasek w poszukiwaniu szkła i innych ostrych przedmiotów, rozbiłem namiot i udałem się na spoczynek. Wyspawszy się znakomicie czekałem, na przyjazd rodziny, która miała przyjechać około południa z ciepłym obiadkiem dla taty. Rozbicie się dzień wcześniej było znakomitym posunięciem, bo jeszcze przed przyjazdem familii pojawili się inni biwakowicze, których ubiegłem. Zaproponowałem pomoc i rozbicie się tuż koło nas i w krótkim czasie zaprzyjaźniliśmy się poznawanie nowych ludzi dzielących wspólne pasje jest zawsze ciekawe, okazało się ze para, która rozbiła się obok również posiada dzieci, więc i moim pociechom było weselej.  Czas nad woda zapowiadał się zacny i gwarny. Wysądowałem klasycznie markerem dno łowiska i przy pomocy dzielnie mnie wspierającej Magdaleny posłałem w łowiska jakieś czterdzieści litrów kiszonych ziaren i pelletow w nadziei na jakiś zacnych przedstawicieli karpiowatych. Moje wędziska karpiowe zgodnie z nowym zwyczajem panującym w naszej rodzinie natychmiast anektowała małżonka. Magdalenka wolała swoje feedery a ja i chłopaki oddaliśmy się kąpielą i zabawą w piachu. W czasie blisko czterodniowego pobytu, Zbiornik otworzył się dla nas obdarzając nas wspaniałymi rybami. Ukazał swój bogaty przekrój gatunkowy sprawiając wiele radości dziewczyną i mi. Zaznaczę, że łowiliśmy w porze dziennej jedynie gdyż opieka nad dziećmi wykańczała mnie do tego stopnia, że o godzinie 22 smacznie już chrapałem. Odwiedziłem Malerzowice, co prawda jeszcze raz, ale to temat na inne opowiadanie. Nauczony doświadczeniem składałem się na raty od rana i dobra ta praktyka uchroniła mój przedsionek przed gwałtowną nawałnicą, która w niedziele w poprze popołudniowej przeszła przez Malerzowice. Niestety wespół biwakowicze nie mieli tyle szczęścia i musieli się składać w nawałnicy by uchronić dobytek przed skutkami pogodowymi.   Wspaniały czas i miłe wspomnienia wyniesione z nad wody oraz całkiem zacne połowy, pozwolą wspominać Malerzowice z sentymentem i łezką w oku. Szkoda zbiornika z tak wielkim potencjałem, niestety niektórzy zarządzający naszym związkiem wydają się pewnych rzeczy nie widzieć…

Polub lub udostępnij
Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *